Reklama

Tajemniczy Wrocław: Wrocławska Madonna cz. 2

08/06/2013 00:00

Na łamach naszego portalu w ubiegłym tygodniu rozpoczęliśmy nowy cykl pod tytułem Tajemniczy Wrocław. Będziemy w nim publikować fragmenty powieści znanej wrocławskiej pisarki - Jolanty Marii Kalety. Począwszy od 1 czerwca przez kolejne tygodnie na naszej stronie w każdą sobotę można śledzić losy bohaterów "Wrocławskiej Madonny". Dziś druga część trzymającej w napięciu powieści, której tłem jest stolica Dolnego Śląska.

>Przeczytaj pierwszy odcinek powieści Jolanty Marii Kalety pt. "Wrocławska Madonna". A oto druga część:


 


Wolski wysiadł z „dziesiątki” przy Placu Katedralnym i zagłębił się w uliczki Ostrowa Tumskiego. Znał te rejony jak własną kieszeń. Kiedy przyjechał z matką do Wrocławia, zamieszkali w stosunkowo mało zniszczonej kamienicy przy ulicy Szczytnickiej. Wśród ruin bezcennych zabytków najstarszej części miasta upłynęły mu lata wczesnej młodości i czas studiów. To właśnie tymi uliczkami przemierzał na wykłady i do biblioteki „na piasku”. Po dwudziestu pięciu latach od zakończenia wojny nie wszystkie rany zostały zabliźnione. Nawet katedra nie odzyskała utraconych podczas bombardowania w ’45 roku kopuł.

Reklama

 


Minął zbudowany z czerwonej cegły budynek seminarium oraz statuę Maryi cudem ocalałą podczas oblężenia. Wybrukowaną tak zwanymi kocimi łbami uliczką Katedralną, dotarł do kancelarii arcybiskupstwa. Wbiegł po schodach na drugie piętro i zapukał do drzwi, na których wisiała mosiężna tabliczka z napisem: Ksiądz doktor Jan Bednarski.

 


Siedzący za solidnym, dębowym biurkiem duchowny zerwał się, wyraźnie uradowany i po przyjacielsku objął przybyłego.


 


- Szczęść Boże, przyjacielu! Witaj! Jak zawsze punktualny, co do minuty. Siadaj – wskazał krzesło stojące obok dużego, prostokątnego stołu, przysuniętego do jednego z okien.

Reklama

 


Wolski dostrzegł leżący na nim obraz, niewielkich rozmiarów, bez ram, namalowany na desce. Zanim usiadł spojrzał w jego stronę i za chwilę podniósł na księdza zdziwione spojrzenie.


 


- „Madonna pod palmami” Cranacha? Więc to jednak parszywa propaganda, że zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach? – spytał.


Bednarski jedynie westchnął ciężko i przecząco pokręcił głową. Wolski wziął obraz do rąk i przyjrzał się wnikliwie.


- Istotnie. Kopia i to kiepska. Czy śledztwo coś wykazało? – spytał.


- Widzisz, jakby to powiedzieć… – ksiądz usiadł ciężko na krześle i rozłożył bezradnie szczupłe ramiona. – Podjęliśmy decyzję, żeby nie zgłaszać sprawy do prokuratury. W kontekście nagonki prowadzonej przez władze, dalibyśmy komunistom nowy oręż do walki z Kościołem. I tak wiele razy pojawiały się agresywne publikacje.

Reklama

 


Podszedł do biurka, z szuflady wyjął plik wyciętych z gazet artykułów prasowych i położył przed Markiem. W oczy rzucały się tytuły mówiące o nielegalnym wywiezieniu przez Kościół bezcennego obrazu za granicę.


- Gdyby sprawa została zgłoszona oficjalnie, roznieśliby nas na strzępy. A tak wszystko pozostało w sferze plotek i niedomówień – dokończył, siadając z powrotem przy stole.


Wolski w lot zrozumiał czego od niego oczekiwał ksiądz Jan, a zapewne i jego zwierzchnicy.


- Mam się tym zająć, tak? – spytał dla pewności.

Reklama

- Tak – odparł ksiądz krótko. – Kościół nie może sobie pozwolić na taką stratę, a przede wszystkim na brak wyjaśnienia okoliczności kradzieży. Bo to musiała być kradzież.


 


Wolski spojrzał na odwrocie obrazu. Nadal widniała tam karteczka upamiętniająca listopad 1948 roku, kiedy to uroczyście przekazano dzieło metropolicie do jego prywatnej kaplicy w pałacu. Katedra nie była już odpowiednim miejscem dla tak cennego dzieła.


- Skoro na kopii jest karteczka z ‘48 roku, to znaczy, że już wówczas oryginału nie było w Kurii – głośno myślał Wolski. – Jest zatem pewne, że obraz zamieniono miedzy ‘45 a ‘48 rokiem.

Reklama

- Też tak sądzę. Wierzę jednak, że doktor Engelbrandt, niemiecki kustosz muzeum, był uczciwym kapłanem i katolikiem i nie dokonał rabunku na majątku arcybiskupstwa – stanowczo oznajmił ksiądz.


- Czy istnieją jakiekolwiek dokumenty z pierwszych lat funkcjonowania kurii? – spytał Wolski.


- Wszystko jest w naszym archiwum. Możesz szperać do woli. Dałby Bóg, żebyś trafił na jakiś ślad – Bednarski z ufnością wzniósł oczy do nieba i sięgnął po telefon stojący na biurku.


- Szczęść Boże, siostro Anastazjo – powiedział do słuchawki. – Może siostra pozwolić do sekretariatu na chwilę?

Reklama

 


W poniedziałkowy, mroźny poranek Wolski opatulony ciepłym baranim kożuchem wszedł do archiwum archidiecezjalnego. Siostra Anastazja przez kilka poprzednich dni przygotowała dla niego wszystkie dokumenty powstałe zaraz po wojnie i ułożyła je w pokaźny stosik w prawym rogu stołu, przy którym miał pracować. W drugim zaś zgromadziła plik dokumentów sporządzonych przez niemieckich księży i zwieńczyła je kroniką księdza Paula Peikerta pisaną podczas oblężenia twierdzy, od lutego 1945 roku do kapitulacji, a nawet dłużej. Nie pytając, czy potrzeba, tuż obok, umieściła duży słownik niemiecko-polski i szeleszcząc habitem ulotniła się z pracowni.

Reklama

 


Praca szła mozolnie. Pierwsze dokumenty sporządzano odręcznie, z braku maszyn do pisania. Choć większość księży mogła pochwalić się starannym, kaligraficznym pismem, to po tylu latach atrament wyblakł, rozmył się lub zamazał. Każdą kartkę papieru Wolski starannie czytał i nie znajdując nic szczególnego odkładał na bok. Praca była żmudna, ale pochłonęła go bez reszty.


 


Z dokumentów wyłaniał się cały tragizm tamtych dni. Dziwił się, że mieszkając przecież we Wrocławiu od jesieni 1945 roku tak wielu spraw nie dostrzegał. Im więcej sprawozdań, zdjęć, pisemek i podań czytał, tym straszniejszy obraz rozegranej na tej ziemi ludzkiej tragedii przed nim się otwierał. Chociaż sam pamiętał to morze ruin i długo unoszące się nad miastem łuny pożarów, to przecież każdy jego dzień przesiąknięty był młodzieńczym optymizmem. Oto koszmar się skończył i wytężoną pracą tacy jak on zaprowadzą normalność.

Reklama

 


Leżące przed nim dokumenty świadczyły o czymś innym. Kradzieże na porządku dziennym, rabunek dokonywany przez „trofiejne oddziały” czerwonoarmistów, grabieże szabrowników, bezmyślne niszczenie nielicznych budynków w dobrym stanie tylko po to, żeby uzyskać cegłę i wywieźć ją do Warszawy. Brak mieszkań dla przywożonych każdego dnia przesiedleńców. Brak rąk do pracy zmuszał władze do wstrzymania procesu wysiedlania Niemców. Gdy zużyto zapasy zgromadzone przez niemieckie dowództwo twierdzy, w oczy zaczął zaglądać głód. I to powszechne mniemanie, że życie we Wrocławiu to tylko kwestia krótkiego czasu. Jedynie niespożyty optymizm i radość tego konglomeratu ludzkiego z zakończenia wojny, pozwolił dźwignąć się miastu z ruin. Odręcznie pisane dokumenty ustąpiły miejsca maszynopisom. Praca nabrała tempa.

Reklama

 


Prawdziwy szok przeżył jednak Wolski sięgając po kronikę księdza Paula Peikerta, proboszcza parafii Świętego Maurycego. Czytał ją z trudem, bo jego znajomość języka niemieckiego była niedoskonała, a pismo księdza niewyraźne. Los jaki zgotowały nazistowskie władze miasta dla jego mieszkańców był straszny. Tym straszniejszy, że wynik wojny był już wówczas przesądzony. Zachowanie zwycięzców było takie jak zawsze. Okrutne i pełne odwetu. Kiedy skończył, sięgnął do dokumentów sporządzonych przez niemieckich księży.

Reklama

 


Gdy kilka dni później czytał sprawozdanie dr Elgerbrandta z sierpnia ’45 roku, zrobiło mu się gorąco. Trzymał w ręku pierwszą wzmiankę o zaginionym obrazie.


 


Kolejna część "Wrocławskiej Madonny" na naszym portalu już 15 czerwca!


 


-----


Dla autorki Jolanty Marii Kalety inspiracją do napisania powieści stało się zagadkowe, nagłośnione w 1961 roku, zniknięcie z kaplicy Arcybiskupa Wrocławskiego na Ostrowie Tumskim, cennego obrazu Łukasza Cranacha Młodszego „Madonna Pod Jodłami”, zwanego ‘Wrocławską Madonną’.


 


Przez dziesięciolecia wydawało się, że jest on dla Polski bezpowrotnie stracony. Kiedy Autorka książki w lipcu br. złożyła w wydawnictwie maszynopis powieści osnutej na tych wydarzeniach, całą Polskę obiegła sensacyjna wiadomość - do posiadania „Madonny” przyznał się Kościół Katolicki w Szwajcarii i wart kilka milionów dolarów obraz zwrócił Polsce. Czy pisarka trafnie przewidziała koleje losu i kres wędrówki obrazu? Czy przewidziała rzecz niemożliwą – jego powrót do Polski? A może wyobraźnia podsunęła Jej inne, ciekawsze niż rzeczywistość, rozwiązanie? Na to pytanie Czytelnik znajdzie odpowiedź w powieści. Śledząc losy jej bohaterów odnajdzie także odpryski głośnej operacji polskich służb specjalnych PRL-u o kryptonimie „Żelazo”.


 


Marek Wolski, wrocławski historyk sztuki, poproszony o pomoc w rozwiązaniu zagadki przez swego przyjaciela sekretarza Kurii Arcybiskupiej we Wrocławiu, bez zgody polskich władz, wyrusza na poszukiwanie zaginionego obrazu „Madonna Pod Palmami”. Poprzez Drezno i Wiedeń, ścigany przez agentów służb specjalnych, tropi wymykający się wciąż obraz. Sprawę dodatkowo komplikuje pojawienie się pięknej kobiety. Wolskiemu zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo, któremu nie może zapobiec nawet powrót do Polski.


 


Akcja powieści toczy się wartko, zaskakując bohatera i Czytelników wciąż nowymi przeciwnościami losu, z którymi musi sobie radzić wykorzystując cały swój spryt, inteligencję i urok osobisty. Tę książkę, napisaną ciekawie, soczystym, żywym językiem, z postaciami ‘z krwi i kości’, osadzoną w konkretnych realiach historycznych, czyta się przysłowiowym ‘jednym tchem’. Znajdziemy w niej i zbrodnię i przemoc i bezwzględność służb specjalnych, ale także seks, przyjaźń i prawdziwą miłość.


Jolanta Maria Kaleta

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo tuWroclaw.com




Reklama
Najnowsze wiadomości