- Pierwszym wyzwaniem była tajna konferencja nazistowskich dyplomatów w 1944 roku w Karpaczu. Trudność stanowiła warstwa językowa. Zastanawiałem się, jak oddać rozmowy ludzi wykształconych, którzy dyskutują o polityce w czasie masowej zagłady Żydów - mówi Sławek Gortych. Bez medialnego, dwa tygodnie temu, swoją premierę miała czwarta część jego serii o schroniskach pt. "Schronisko, które spowijał mrok". Cyklu, w którym fikcja spotyka się z historią. Ukazał się też audioserial, a Aurum Film poszukuje scenarzysty i reżysera, którzy zajmą się produkcją filmową.
Sławek Gortych swoje 28. urodziny obchodził na spotkaniu autorskim wśród licznie zgromadzonej publiczności. Umówmy się! Każdy z nas, przynajmniej raz w życiu, chciałby, żeby "Sto lat" odśpiewał mu chór złożony z kilkuset głosów. Później był tort i życzenia, a te spełniają się jedno po drugim, jakby coś magicznego maczało w tym palce.
Jakie nowe wyzwania płyną z pracy nad piątą częścią i czy coś w porównaniu do poprzednich tomów zaskoczyło Pana w kwestii fabuły lub warsztatu?
Stawiam sobie wyzwania w każdym tomie, starając się opowiedzieć o czymś, czego dotąd dobrze nie znałem. Nie chcę poruszać się tylko w obszarach, które znam, lecz wyjść poza strefę komfortu. W drugim tomie wyzwaniem była dla mnie opowieść o zamachu na pociąg. Nie jestem kolejarzem i nie miałem fachowej wiedzy, ale temat wydał mi się ciekawy, więc musiałem się dokształcić. Podobnie było z wątkami GOPR-owskimi w trzecim tomie, bo choć wiem, jak wygląda zima w górach, to nie znam się na pracy ratowników, ich żargonie. Nigdy nie widziałem też akcji lawinowych. Wszystko to było dla mnie nowe, ale chciałem to pokazać. Dlatego spędziłem wiele godzin na rozmowach z ratownikami GOPR-u, żeby móc lepiej poznać ich pracę i potem wiarygodnie ją opisać.
W czwartym tomie wyzwania miałem dwa. Pierwszym była tajna konferencja nazistowskich dyplomatów w 1944 roku w Karpaczu. Trudność stanowiła warstwa językowa. Zastanawiałem się, jak oddać rozmowy ludzi wykształconych, którzy dyskutują o polityce w czasie masowej zagłady Żydów. Ciekawiło mnie, czy ci ludzie mają resztki przyzwoitości, czy to tylko wyrachowani politycy, dbający o własny interes. Trudno było mi sobie na początku wyobrazić, jak w dyplomatycznym języku opowiadać o odpowiedzialności za miliony ofiar...
Drugim wyzwaniem był wątek seansu spirytystycznego w opuszczonym hotelu w Karpaczu, w innej linii czasowej. Konferencja odbyła się w czasach świetności hotelu, a po wojnie obiekt został przekształcony w ośrodek FWP, a ostatecznie opuszczony. Młodzież w latach 90. postanowiła zorganizować tam imprezę i seans spirytystyczny. Opowiedzenie o tym wątku nie było dla mnie warsztatowo proste. Obawiałem się, czy próbując nadać scenie straszności nie uczynię jej przez przypadek komiczną.
Na jakim etapie są teraz prace nad piątą częścią, bo jeszcze niewiele o niej powiedzieliśmy… Czy kryje się za nią jakaś ciekawa historia?
Znalazłem już historyczne wątki, które chcę opowiedzieć. Zawsze zaczynam od tego właśnie: od poszukiwania inspirującej historii z przeszłości. Nie mogę jeszcze ujawnić szczegółów, powiem więc tylko, że w lutym na spotkaniu autorskim w Gdyni poznałem czytelniczkę, która przekazała mi kontakt do swojej cioci. Okazało się, że ma ona pamiątki po nieżyjącym mężu, jego wspomnienia z przygód w Karkonoszach, które przeżył tam zaraz po wojnie. To maszynopis, składający się z kilkudziesięciu stron. Na końcu jednej z opowieści jest zdanie, że choć autor nie jest Agathą Christie, chętnie przekazałby swoje historie komuś, kto potrafiłby je literacko wykorzystać w jakimś kryminale.
Gdy to przeczytałem, przeszedł mnie dreszcz. Jeśli ktoś wierzy w przypadki, to ta historia zupełnie temu przeczy. Wspomnienia tego pana będą jednym z fundamentów fabuły piątego tomu. Kilka przygód z tych wspomnień zostanie włączonych do powieści, a czytelnik z posłowia dowie się, które wydarzenia naprawdę miały miejsce, a które są fikcją.
Pan wierzy w przypadek czy przeznaczenie? Bo ta historia jest rzeczywiście nieprawdopodobna...
Ja wierzę w Ducha Gór. To z pewnością jakaś jego ingerencja. Już od jakiegoś czasu, gdy kończę pracę nad książką lub jestem blisko finału, pojawia się ktoś z informacją, która może mnie zainteresować. Tak było też z czwartą książką, która niedawno miała premierę. Dopiero zaczynałem zbierać materiały o hotelu Sanssouci w Karpaczu i miałem ich naprawdę niewiele. Temat bardzo mnie zainteresował, ale badałem go potajemnie, nie chwaliłem się informacjami w Internecie.
Po gali Karkonoskiej Nagrody Literackiej, podczas poczęstunku, podeszła do mnie pani, która pogratulowała mi nagrody i zapytała, nad czym teraz pracuję. Powiedziałem, że skończyłem trzecią książkę i zabieram się za czwartą. Ona na to: „A ma pan już materiał na kolejną?” Nie chciałem zdradzać szczegółów, ale wtedy dodała, że ma dla mnie coś bardzo interesującego. Pracuje przy remoncie pewnego obiektu, gdzie niedawno skuto posadzki i zdarto boazerię, odkrywając mnóstwo artefaktów, m.in. dokumenty, stare zdjęcia. Dodała, że to miejsce pełne mrocznych tajemnic. Spytałem, jak nazywa się ten obiekt. „Hotel Sanssouci w Karpaczu” — opowiedziała. Pomyślałem: „Niemożliwe, przecież właśnie nad tym tematem pracuję.” W takich momentach trudno wierzyć w przypadek.
Z jakim odbiorem spotyka się premiera Pana ostatniej książki?
Bardzo dobrym. W rankingu sprzedaży Empiku, który jest na bieżąco aktualizowany, moja książka zajmuje w kategorii kryminałów roku obecnie pierwsze miejsce i to w niecałe dwa tygodnie po premierze. Zwykle książki potrzebują kilku miesięcy, żeby znaleźć się na podium. To dla mnie ogromne wyróżnienie. Co do trzech poprzednich tomów, to sprzedało się ich już kilkaset tysięcy, co na polskim rynku jest naprawdę imponującym wynikiem.
To zasługa zaangażowania czytelników, którzy tworzą wyjątkową społeczność. Dzielą się książkami i zarażają nimi kolejnych. Niektórych z nich zaczynam już kojarzyć z twarzy i myślę sobie: „Na pewno już tej pani czy panu podpisywałem książkę.” A oni odpowiadają, że tak, ale teraz biorą kolejne egzemplarze na prezenty: dla mamy, teściowej, szwagra, szefa czy koleżanki z pracy. To naprawdę niesamowite.
No właśnie, pana spotkania autorskie przyciągają tłumy. Które z nich szczególnie zapadło panu w pamięć?
Z ostatnich spotkań, które szczególnie wspominam, trzy były wyjątkowe. Pierwsze odbyło się w schronisku „Odrodzenie”. Takie spotkania w schroniskach mają niepowtarzalny klimat, a przyszło tam blisko dwieście osób. Zapełniliśmy całą przestrzeń. Dla mnie było to szczególne także dlatego, że pamiętam, jak na pierwsze spotkanie w tym schronisku w 2022 roku przyszło zaledwie kilka osób. Teraz było około dwustu czytelników. Spotkanie prowadził mój tata, więc było bardzo rodzinnie.
Drugie wyjątkowe spotkanie odbyło się w teatrze im. Norwida w Jeleniej Górze. Mam do niego sentyment, bo w drugim tomie wspomniałem o sali tego teatru. Pamiętam, jak pisałem ten fragment jesienią 2020 roku... Wtedy odmówiono mi po raz kolejny wydania pierwszego tomu, przez co traciłem motywację do pracy nad kolejnym. Po napisaniu sceny w teatrze na jakiś czas przerwałem pisanie, myśląc, że skoro pierwszej książki nie wydam, to drugiej też nie warto kończyć. Widok pełnej sali tego właśnie teatru po pięciu latach (około czterystu osób), na premierze mojej czwartej książki, był dla mnie magiczny.
Trzecie spotkanie miało miejsce w Poznaniu i odbyło się w dniu moich urodzin. Frekwencja dopisała, a wydawnictwo przygotowało ogromny tort z okładką najnowszej książki. Wzruszyłem się, bo nigdy wcześniej nie miałem urodzin z tak dużą liczbą osób śpiewających „Sto lat”. Cały ten premierowy czas był pełen emocji i wzruszeń.
W jednej z publicznych wypowiedzi podziękował Pan swojemu partnerowi Grzesiowi. Czy życie prywatne wpływa na kreację bohaterów, ich emocje i relacje?
Nie przenoszę swoich prywatnych doświadczeń na karty książek i ich fabuły, ale jedno jest pewne, że bez wsparcia Grzesia te książki nigdy by nie powstały. Bywały trudne momenty, a pisarze podczas pracy bywają bardzo nieznośni. To dzięki temu, że Grześ potrafił znaleźć odpowiednie słowa, by mnie zmotywować i nakierować na dalszą pracę, udawało się pchać kolejne projekty do przodu.
W posłowiu jednej z książek wspominam, że Grześ był osobą, która potrafiła mnie pocieszyć, gdy praca szła słabo. I choć nie przenoszę bezpośrednio naszych prywatnych doświadczeń do książek, to pamiętam, na których kartkach książki Grześ pomagał mi podnosić się i kontynuować pisanie. Jego wsparcie jest dla mnie nieocenione.
Doszły mnie słuchy, że udało się spełnić jedno z pańskich marzeń i wreszcie powstał audioserial. Jak doszło do realizacji tego projektu?
Tak, audioserial to było moje wielkie marzenie, które narodziło się gdzieś przy okazji premiery drugiej książki. Zauważyłem wtedy, że poza tradycyjnym audiobookiem, gdzie tekst czyta jeden lektor, powstają słuchowiska z udziałem aktorów, którzy wcielają się w konkretne postaci. To zupełnie inna jakość, bo każda emocja, każdy krzyk, szloch czy złość stają się żywe. To coś, co niesamowicie wzbogaca odbiór historii. Każda postać ma swój głos, do tego w tle słyszymy opisane w książce dźwięki, od szumu deszczu, grzmotów, trzaśnięć drzwi aż po muzykę. Przez kilka kolejnych książek nie udało się tego marzenia zrealizować, ale zmiana wydawcy dała mi możliwość spełnienia tego marzenia.
Kogo usłyszymy w audioserialu?
W rolę głównego bohatera, Tomka Wilczura, wcielił się Józef Pawłowski, a postać dziennikarza śledczego zagrał Marcin Bosak. Szczególnie cieszę się z udziału Dominiki Kluźniak, która jest wielką fanką mojej serii o Karkonoszach i znakomicie zagrała postać służącej z hotelu Sanssouci. Jej kreacja jest naprawdę imponująca i wnosi wiele do słuchowiska.
Sam też mam w nim malutką rolę. Gram Piotrka, uczestnika seansu spirytystycznego, który pod wpływem alkoholu zaczyna podejrzewać innych o złe intencje.
Audioserial składa się z dziewięciu odcinków, które pojawiają się co tydzień. Już w przyszłym tygodniu ukażą się ostatnie dwa odcinki. Reakcje słuchaczy są naprawdę entuzjastyczne. Zgodnie podkreślają, jak bardzo angażująca jest ta forma.
A jak wygląda obecnie praca nad ekranizacją jednej z pana książki?
Na ten moment nie mam jeszcze do przedstawienia żadnych spektakularnych informacji. Podpisaliśmy z wydawcą umowę pierwszeństwa z Aurum Film na dwa lata, w ciągu których producentka ma znaleźć reżysera, scenarzystę, aktorów i sfinansować projekt. Pierwszy reżyser się wycofał, bo dostał inną propozycję, więc teraz szukają kolejnego, a on musi znaleźć scenarzystę, z którym znajdzie nić porozumienia. To długotrwały proces. We wrześniu minie rok od podpisania umowy, więc mam nadzieję, że za kilka miesięcy ruszą zdjęcia i będę mógł o tym informować.
Ma Pan codziennie do czynienia z ogromną popularnością i oczekiwaniami czytelników. Czy chciałby Pan napisać coś wyłącznie dla siebie, bez względu na gusta odbiorców?
W zasadzie piszę przede wszystkim dla siebie. Staram się opowiadać historie, które mnie poruszają i interesują. Nie umiem pisać na zamówienie, bo wtedy trudno o prawdziwą wenę. Często inspiruje mnie coś, co usłyszę od czytelników. Coś, co zwraca moją uwagę i chciałbym to przekazać dalej. Wierzę, że moja pasja do Karkonoszy będzie zaraźliwa dla czytelników, bo to temat ważny i bliski nam wszystkim.
Nie ukrywam jednak, że mam kilka marzeń... Chciałbym napisać reportaż o karkonoskich schroniskach, nad którym już powoli zaczynam pracować. Innym projektem, który mam w głowie jest stworzenie książek dla dzieci i młodzieży. Pierwsza to pozytywna bajka o Karkonoszach, niosąca mądrą wartość, a druga to opowieść przygodowa na wzór „Pana Samochodzika” dla młodszych nastolatków. Niestety, doba wciąż jest za krótka! Ale i na te plany przyjdzie właściwy moment.
Dziękuję za rozmowę i życzę wielu sukcesów.
Dziękuję bardzo.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze