Wielu działaczy PiS, którzy w czwartek kładli się spać z przekonaniem, że są członkami partii, w piątkowy poranek „mogą nie mieć Teleranka”. Ich prawa zostaną zawieszone, bo Mateusz Morawiecki chyba poczuł moc, a ultimatum prezesa minęło o północy. Chyba, że Jarosław Kaczyński stracił moc. Natomiast Izabela Bodnar jeśli już dawno nie straciła szansy na dłuższą karierę polityczną, to stało się to na pewno po publikacji zdjęcia z martwym tuńczykiem. I jeszcze posłanka bardzo nie rozumie bardzo o co chodzi krytykom. Faktycznie, dla zbudowania lepszego wizerunku mogła przecież pokazać fotkę z rodzinnego świniobicia z zakrwawioną siekierą w dłoni i kawałkiem surowej wieprzowej wątroby w zębach…
Pisanie w czwartkowy wieczór o tym, co się dzieje w Prawie i Sprawiedliwości jest dość niebezpieczne, ponieważ stwierdzenie, że sytuacja jest dynamiczna, to jakby stwierdzić po przejściu huraganu, że trochę powiało. Tu w każdej minucie może się wszystko wydarzyć. A najbardziej symptomatyczne jest to, iż podobno po kilkugodzinnym spotkaniu ostatniej szansy na pogodzenie się Mateusza Morawieckiego z Jarosławem Kaczyńskim, prezes miał stwierdzić „Mateusz oszalał”.
Jeśli Morawiecki chce jeszcze coś zrobić w polityce, to chyba faktycznie nie ma innego wyjścia. Tylko pójść na swoje. W każdym innym wypadku wcześniej niż później zostanie zmarginalizowany i odsunięty na bocznicę. To jest polityka. Jak jego przeciwnicy w partii – skupieni wokół Zbigniewa Ziobry czy Jacka Sasina – poczują krew, gdyby się poddał, to już nie odpuszczą. Tak jest w każdej normalnej partii politycznej, pomijając fakt, że poprzednie trzy wyrazy to oksymoron.
Wiele więc wskazuje, że ów zapowiadany przez Morawieckiego grill, która ma się odbyć w Warszawie 31 lipca, będzie kongresem założycielskim nowej partii. I będzie tam „grillowany” nie tylko Donald Tusk, którego były premier wskazuje jako głównego przeciwnika politycznego, ale zapewne i działacze Prawa i Sprawiedliwości od lat starający się pomniejszyć znaczenie Morawieckiego. Robili to i robią z prostej przyczyny, tak naprawdę nigdy nie stał się ich „pisowcem”, znającym swoje miejsce w szeregu i uznający nadrzędne znaczenie tych, co przy prezesie tkwią od zawsze, często od czasów, gdy był jeszcze w Porozumieniu Centrum. A tu nagle trafił im się yuppie - z wielkim doświadczeniem zdobytym w międzynarodowym banku i były doradca Donalda Tuska.
To nie ich styl, oni przyzwyczajeni są do szurania nogami, w ubogich pelerynkach, w równym szeregu za prezesem. Przełknęli go jako premiera, choć faktycznie jak przypomniał na antenie Echo 24 radny PiS Andrzej Kilijanek, dość szybko chcieli go wymienić na „pelerynkową” Elżbietą Witek. Tylko prezes ich wstrzymał.
Czy teraz prezes nie ma już takiej siły, czy jednak jest to jego ostatni genialny plan, o czym tu już wspominałem tydzień temu? Że Morawiecki i jego ugrupowanie to będzie taka prawicowa trzecia droga, która zbierze ten niezbyt ortodoksyjny prawicowy elektorat. I tych młodych, którzy przy poprzednich wyborach mieli dylemat: Konfederacja czy Razem…
To tak naprawdę okaże się dopiero podczas kampanii wyborczej, gdy zobaczymy kto kogo i jak atakuje. Ale na miejscu Donalda Tuska za bardzo bym się nie cieszył z tej zawieruchy w PiS. Ten wspomniany elektorat wie jedno – nie chce głosować na obecnie rządzących. Bo wiedzą, że w 2023 roku wystawanie w kolejce na Jagodnie przed lokalem wyborczym im się nie opłaciło. Owszem, pizzę dowieźli, obietnic już nie. I dobrze im rodzice opowiadali, że ci „nowi” nie są lepsi niż tamci… A wyborca i tak pamięta tylko ostatnią władzę.
A i jeszcze jedno. Trzeba pamiętać, że wiele miesięcy temu padło, iż PSL jest zainteresowany współpracą z Mateuszem Morawieckim i jego ekipą, gdyby oni rozstali się z Jarosławem Kaczyńskim. Uważano, że kwietniowa debata Mateusza Morawieckiego i Władysława Kosiniaka-Kamysza w Jasionce to był sygnał dla świata, że taka współpraca jest możliwa. I kolejna wersja trzeciej drogi, w której ludowcy zaczynają się specjalizować. Pytanie tylko, do której opcji ma ona prowadzić… O tym też nie można zapomnieć.
Wielu natomiast długo będzie pamiętać posłankę Izabelę Bodnar. Oczywiście nie ze względu na jej dokonania parlamentarne. Przez te trzy lata dała wiele innych powodów.
Był słynny wpis w mediach społecznościowych po tym tym jak prezydent Karol Nawrocki usunął z Pałacu Prezydenckiego okrągły stół, przy którym siedziała opozycja z władzami PRL. Bodnar napisała: „Norwid napisał w 1864 po spotkaniu z Chopinem, wiersz o tym jak jego „fortepian sięgnął bruku" wywalony przez ruskich przez okno. Teraz też ruscy się cieszą”.
Według wiedzy posłanki, która do parlamentu dostała się dzięki Szymonowi Hołowni, Norwid musiał pisać ten poemat dłużej niż Marcel Proust „W poszukiwaniu straconego czasu” (14 lat) lub długo o tym spotkaniu przemyśliwać, ponieważ Chopin umarł w 1849 roku…
Potem były przedziwne opowiadanie snów, które już Państwu oszczędzę. A zupełnie niedawno opublikowała zdjęcia, na którym siedzi uśmiechnięta opierając nogi na potężnym, martwym tuńczyku i tak je podpisała przy okazji finału Mundialu 2026: „Życzę dzisiaj Hiszpanom takich sukcesów, jak na połowie tuńczyka podczas naszych hiszpańskich wakacji!"
Nie należę do grupy nowoczesnych ekologów, którzy wierzą, że mięso i ryby biorą się ze sklepu, a nie z zabijania tych stworzeń. Choć mam świadomość, że nie ma potrzebny nadmiernego epatowania tą wiedzą. I chyba nawet bym zrozumiał, gdyby taki cel miała wrocławska parlamentarzystka. Tylko, że tu od początku do końca było widać ten triumfalizm znany z fotografii, na których Hermann Goering czy Leonid Breżniew trzymali nogi na świeżo zastrzelonych przez siebie jeleniach i żubrach.
Po tysiącach krytycznych głosów Izabela Bodnar postanowiła przeprosić:
„Przykro mi i bardzo przepraszam wszystkich, których to zdjęcie w jakikolwiek sposób dotknęło czy uraziło. Naprawdę przepraszam, wyrażam skruchę. Post okazał się niestosowny, więc posypuję głowę popiołem”.
Ale w innym miejscu wyznała:
„Bardzo mnie zadziwia fakt, że w Polsce jest tyle afer, miliardy publicznych pieniędzy zostały wykradzione. A cała Polska żyje aferą tuńczykową. Czyli nie łapiemy bandytów, ale złapanie tuńczyków na legalnym połowie wzbudza już takie emocje”.
Otóż pani poseł, nie jest tak źle. Łapią. Przecież już w 2024 roku, dowiedziała się pani, że do 10 lat pozbawienia wolności grozi pani mężowi, który działał przede wszystkim w branży śmieciowej. Wtedy trafił do Sądu Okręgowego w Warszawie akt oskarżenia w jego sprawie. Śledztwo dotyczące powoływania się na wpływy Prokuratura Krajowa prowadziła wspólnie z Centralnym Biurem Antykorupcyjnym i Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zresztą już wcześniej też informowano, że mąż wrocławskiej posłanki miał według prokuratury za łapówki załatwiać zakończenie licznych kontroli skarbowych w jego firmach branży śmieciowej.
A i w tym roku na tym polu są kolejne sukcesy. Wiosną znowu zatrzymano męża posłanki. Policja zatrzymała Macieja B. w ramach śledztwa Prokuratury Okręgowej w Legnicy dotyczącego nielegalnej inwigilacji dolnośląskich samorządowców. Mężczyzna usłyszał zarzuty zlecania nielegalnego sprawdzania danych w policyjnych bazach.
Także z niektórymi aferami, pani poseł, władza daje sobie radę. Ale może to też powód, dla którego nasza parlamentarzystka woli świeżego tuńczyka niż w puszce. No weź tu pokaż puszkę człowiekowi, który może do niej trafić na 10 lat …
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze