Życie jednak czasami bywa zbyt okrutne. Zupełnie niedawno radny Koalicji Obywatelskiej rozpętał burzę, że ludzie z podwrocławskich miejscowości powinni mieć ograniczony dostęp do stolicy Dolnego Śląska. A tu nagle ta sama KO desygnowała na zastępcę Jacka Sutryka mieszkańca Siechnic, okrzykniętych przez wspomnianego radnego polem kapusty. Czy nowy wiceprezydent Wrocławia będzie zmuszony pracować zdalnie? Inny radny, ale sejmikowy, przypomniał mi szczenięce lata, kiedy to ucząc się łaciny razem z kolegami bawiliśmy się w tworzenie zbitek słownych typu clava curva in spelunca. Teraz to już go na pewno prezes Jarosław Kaczyński nie będzie chciał widzieć w PiS.
„A niechaj narodowie wżdy postronni znają”, iż Dolnoślązacy nie gęsi, brzydkich słów też używają. I to na wysokim szczeblu. Bo do tej pory to musieliśmy tylko patrzeć jak inni się wulgaryzują.
Na przykład taki krakowski poseł Paweł Śliz, przewodniczący komisji sprawiedliwości i praw człowieka, po przegranym głosowaniu nieświadomy, że jego mikrofon jest wciąż włączony, wybuchł: "K...., to przez tego p........... Zimocha!". Wypowiedź odnosiła się do Tomasza Zimocha, byłego posła Polski 2050, który był obecny na sali, lecz nie wziął udziału w głosowaniu. Tyle było naszego, że Zimoch do Sejmu startował z Wrocławia, ale jako typowy spadochroniarz, bo w jego macierzystej Łodzi był zbyt duży tłok na listach.
Albo poseł KO ze Szczecina Artur Łącki już prosto z mównicy sejmowej się nie hamował: „Przedsiębiorca, wracając do domu o godzinie 17, nie siada z rodziną i nie rozmawia, tylko siada, k….a, do faktur.
Od środy i my Dolnoślązacy mamy swojego polityka, który mocnym słwem nie gardzi podczas oficjalnych obrad. Krzysztof Mróz, były senator PiS, a obecnie niezrzeszony radny sejmiku, podczas dyskusji na temat sytuacji w regionie, po tym jak zwrócono mu uwagę, że jego wypowiedź odbiega od tematu, nie zdzierżył: „Jak ktoś chce merytorycznie odnieść się do dokumentu 257-stronicowego, to nagle panu radnemu przeszkadza. Trzeba było, k..., miesiąc temu - przepraszam za określenie - panie radny, nie robić szopek”.
Krzysztof Mróz na każdej sesji dużo mówił, na każdy temat. Często w jego wypowiedziach słychać był emocje. Choć często obradujący już byli bliscy omdlenia z powodu przedłużających się dyskusji, były senator nigdy nie odmówił sobie sposobności do zabrania głosu. Takie ma prawo.
Ale tym razem coś poszło za daleko. Czyżby pierwszy raz zetknął się z ponad dwustustronicową lekturą?
Krzysztof Mróz to jeden z z siedmiu działaczy PiS, których w ubiegłym roku z klubu wyrzucił sam prezes Jarosław Kaczyński. Potem ich chciał przywrócić, ale oni nie chcą wracać… Tak tkwią niezrzeszeni jakby czekali aż wreszcie przyjedzie na białym koniu Mateusz Morawiecki, zadmie w róg i oni ruszą po lepszą przyszłość… A jak nie przyjedzie, to może radny Mróz znowu krótko to skomentuje. Albo powie: Jarek, k…, żartowałem. Choć jak go prezes wyrzucał, to nic nie powiedział.
Z dużym smutkiem przyznaję, że wulgaryzmy na dobre zagościły w naszej debacie publicznej. Aprobują je politycy, artyści, naukowcy i sądy. Zresztą sami też ich używają starając się być „bliżej ludu”. I z coraz większym zdziwieniem sobie przypominam jak będąc pacholęciem, jak myśmy się wstydzili, gdy nauczyciel łaciny namawiał nas do tworzenia trochę nonsensownych konstrukcji typu curva os ranae (krzywa kość żaby) czy clava curva in spelunca (krzywa maczuga w jaskini). Żeby przyswoić gramatykę...
Już wiele lat temu pewien językoznawca zauważył, że gdyby w naszym języku nie było słowa "kurwa", musielibyśmy się porozumiewać na migi. A na początku wieku prof. Jan Miodek alarmował: Jesteśmy pierwsi w Europie, jeśli chodzi o stopień nasycenia języka potocznego wulgaryzmami - alarmuje prof. Jan Miodek.
Panie profesorze posłusznie melduję, że polscy politycy nie dopuszczą, abyśmy stracili pozycję lidera.
Nie wiem co powie nowo mianowany wiceprezydent Wrocławia Grzegorz Roman, gdy spotka radnego Roberta Suligowskiego z klubu Koalicji Obywatelskiej. Tego radnego, który kilka tygodni temu wypowiedział wojnę mieszkańcom podwrocławskich miejscowości, dopominających się lepszych wjazdów do miasta. Radny delikatnie wskazuje, że mogą o tym zapomnieć, a do Wrocławia wjeżdżać głównym trasami lub pociągami. A przypominam, że wyraził to w ten sposób: Każde z nas ponosi konsekwencje swoich wyborów życiowych. Wybrałeś dom w polu kapusty, do wyboru masz pociąg albo korek na drodze wojewódzkiej.
W myśl hasła Wrocław dla Wrocławian.
No i teraz mamy taką sytuację, że z krainy Brassica oleracea (kapusta po łacinie) do wrocławskiego ratusza przybywa ponownie niezwykle doświadczony samorządowiec Grzegorz Roman, któremu zapewne niedługo w Siechnicach postawią pomnik. Wśród już znikających pól warzywnych. Za wiele rzeczy, w tym za uczynienie z tej miejscowości miasta. Pojawiło się słowo ponownie, ponieważ nowy wiceprezydent we wrocławskim samorządzie pracuje od lat 90. ubiegłego wieku. Nie nadaję się na hagiografa, więc nie będę silił się na wymienianie stanowisk jakie zajmował, ale przypuszczam, że o tym mieście wie dużo więcej niż radni kilku kadencji razem wzięci.
Właśnie postać Grzegorza Romana pokazuje największą słabość teorii Roberta Suligowskiego i tych co go wspierali we wrocławskim ratuszu. Teorii podziału na my i oni. Do jakiej grupy należy bowiem zaliczyć nowego wiceprezydenta Wrocławia? Chyba, że w tajemnicy, by nie było obciachu, włączyli Siechnice do Wrocławia…
Więcej w tym doświadczonym urzędniku, urodzonym w stolicy Dolnego Śląska i tu kończącym studia, „kapustnika” czy wielkomiejskiego sznytu wrocławskich panów? No i last but not least, że zmienimy na koniec język na bardziej współczesny: którędy zastępca prezydenta Jacka Sutryka ma dojeżdżać do pracy…
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze