Jeżeli na działce, na której stoi twój dom rosły kiedyś buraki lub nie daj Boże kapusta, możesz czuć się zagrożony. Radny z klubu KO, który w zgodzie z prezydentem miasta rządzi we Wrocławiu, orzekł kierując te słowa do mieszkańców podwrocławskich miejscowości: „koniec jazdy na gapę w aglomeracji wrocławskiej i dość wyciągania rodzynek z ciasta”. Czyżby zapomniał, że niektórzy z tych właścicieli "hacjend w polu kapusty” za namową ratusza płacą podatki w mieście? Aby nie być skazanym na myto czy na dziurowe i wąskie drogi, pozostaje więc liczyć, że stolica Dolnego Śląska będzie rozciągała się od Kątów Wrocławskich po Długołękę. Ów radny zapomniał też, że na jego osiedlu jeszcze całkiem niedawno uprawiano ziemniaki.
To się chyba nazywa déjà vu. Tuż przed długim weekendem, gdy temperatury nie były aż tak wysokie, by podejrzewać przegrzanie organizmu, zwłaszcza w szczytowych jego partiach, można było odnieść wrażenie, że polska rzeczywistość polityczna cofnęła się o ponad 235 lat. Do czasów, kiedy kwitło liberum veto, gdy jedna osoba mogła sparaliżować prace demokratycznie wybranych władz.
A wydarzyło się to podczas ostatnich obrad Sejmiku Województwa Dolnośląskiego, podczas którego miało być głosowane absolutorium i votum zaufania dla marszałka i zarządu województwa. Przez 9 godzin praktyczne nie udało się rozpocząć obrad, tylko co rusz, na wniosek pojedynczych radnych ogłaszano kolejne przerwy. Ta ostatnia cały czas trwa, bo zakończy się dopiero 20 maja o godzinie 15. Czyli de facto jak w sarmackich czasach jeden z wybrańców narodu paraliżował posiedzenie dolnośląskiego parlamentu. I myliłby się każdy, kto sądzi, że była to sprawka opozycji. Absolutorium nie chcieli udzielić marszałkowi i zarządowi radni z… rządzącej w regionie Koalicji Obywatelskiej. A ocenie cały czas chcieli się poddać tylko samorządowcy zasiadający w zarządzie.
Ale jeśli sobie przypomnimy, że dwa lata temu radni z wtedy jeszcze Platformy Obywatelskiej zagłosowali przeciwko kandydatowi na marszałka ze swojej partii, to „nie dziwi nic”. Nie tylko mamy do czynienia z reaktywacją zasady ustrojowej Rzeczpospolitej Obojga Narodów, ale i z continuum wałęsizmu „jestem za, a nawet przeciw”.
Jeszcze w drugiej połowie XX wieku mieszkańców pięknego wrocławskiego osiedla Leśnica nieżyczliwi nazywali wieśniakami. Z wielu powodów. Przy niejednym domu można był usłyszeć pianie koguta, a nawet chrumkanie polskiej białej zwisłouchej. No i przy Dolnobrzeskiej działał słynny PGR.
Teraz Robert Suligowski, radny tego osiedla, a także radny miejski z klubu KO, wytoczył ciężkie działa przeciw mieszkańcom podwrocławskich wsi.
- Kolejny przykład sytuacji, w której mieszkańcy wsi - patodeweloperskich narośli na granicach Wrocławia - próbują siłowo wymusić na władzach Wrocławia wygodę dojazdu autem do swoich hacjend pobudowanych w polu kapusty kosztem mieszkańców Wrocławia – czytamy we wpisie radnego. - Każde z nas ponosi konsekwencje swoich wyborów życiowych. Wybrałeś dom w polu kapusty, do wyboru masz pociąg albo korek na drodze wojewódzkiej.
Nie wiem dokładnie na jakim polu postawiono dom radnego, bo uprawiano tam i ziemniaki i zboże, ale można odnieść wrażenie, że to jakaś próba odreagowania leśnickiego kompleksu sprzed kilkudziesięciu laty.
Przypomnijmy, że cała awantura zaczęła się od tego, że w związku z przebudową skrzyżowania ulice Koreańska i Boiskowa będą jednokierunkowe. Mieszkańcy Iwin czy Zacharzyc zaprotestowali, że zmiany uniemożliwiają im normalne funkcjonowanie i wjazd do Wrocławia.
Za swoimi mieszkańcami ujął się burmistrz Siechnic. - Chciałbym stanowczo i krytycznie odnieść się do słów Radnego Wrocławia Robert Suligowski. Nie ma zgody na język, który dzieli ludzi, stygmatyzuje całe społeczności i sprowadza realne problemy do obraźliwych uproszczeń – napisał Łukasz Kropski.
Tak przy okazji chciałem przypomnieć, że Robert Suligowski to raczej człowiek lewicowych wartości i wielokrotnie walczył ze „stygmatyzacją”, ale odwieczne prawo Kalego obowiązuje w każdych okolicznościach, tym razem w wersji „stygmatyzować to my, a nie nas”.
Warto też przypomnieć panu rademu, że owi właściciele "hacjend w polu kapusty” , często płacą podatki w ramach ratuszowej akcji „Rozlicz PIT we Wrocławiu”. Nie wspominając, że tu pracują, wspomagając rozwój stolicy Dolnego Śląska, tu robią zakupy, jedzą w restauracjach, kupują bilety komunikacji miejskiej… Więcej, z tych dróg wjazdowych, mających być „rodzynkami z ciasta”, korzystają autobusy MPK kursujące w ramach umów z ościennymi gminami, które to gminy Wrocławiowi za to płacą.
Czy w ramach rewanżu te gminy mają utrudnić radnemu i tysiącom Wrocławian wyjazdy za miasto w plener i na łono natury na rowerach, skuterach czy w autach?
Przecież to wszystko takie proste. Ludzie budują domy gdzie chcą, ale tam gdzie im na to pozwala prawo. A prawo stanowią radni, posłowie i urzędnicy. Jeśli tego nie robią lub robią źle, to rodzą się podejrzenia, że może jednak im nie zależy z jakiegoś powodu, może nie potrafią, innych rozwiązań nie dopuszczam, bo to karalne…
Najłatwiej krytykować i obiecywać. Znam natomiast jednego posła, nazwiska nie wymienię, bo to już może podchodzić pod nękanie, który chyba od początku swojej działalności, a to już jego nie pierwsza i nie druga jego kadencja, obiecuje ustawę aglomeracyjną. Już niedługo wreszcie będzie… dla Gdańska.
Przy tej ostatniej awanturze przypomniano też o innej koncepcji. Chcecie żyć jak Wrocławianie to zostańcie Wrocławiem. Sugestie takie też padały z ust wspominanego radnego KO. Ostatni raz zmieniano granicę stolicy naszego regionu w 1973 roku. Ponad pół wieku temu wchłonięto m.in. Rędzin, Świniary, Polanowice, Lipę Piotrowską, Kłokoczyce, Widawę, Jerzmanowo, Strachowice czy Marszowice.
Ponad rok temu oficjalną petycję w sprawie zmiany granic miasta do premiera Donalda Tuska wysłał Grzegorz Prigan, były kandydat na prezydenta Wrocławia, którego poparło nieco ponad 3 procent wyborców. Rząd też go nie poparł, ale skala pomysłu była gigantyczna. Stalibyśmy się terytorialnie największym miastem Polski - ponad dwa razy większym od Gdańska i trzy razy większym od Warszawy. Wrocławiem byłby między innymi Oborniki Śląskie, Kobierzyce czy Miękinia.
Przyznam się Państwu, że jakoś przy tych rozważaniach o pomysłach radnego Suligowskiego i kandydata Prigana, przypomniało mi się to, co wydarzyło się 3 września 1893 roku w pałacu hrabiego Władysława Wielogłowskiego w Tęgoborzy. Odbył się tam seans spirytystyczny, na którym medium, nieznana kobieta, wygłosiła rymowaną przepowiednię, a niektórzy uważali, że to słowa ducha samego Mickiewicza. Te najsłynniejsze wersy to:
Powstanie Polska od morza do morza.
Czekajcie na to pół wieku.
Chronić nas będzie zawsze Łaska Boża,
Więc cierp i módl się, człowieku.
Jakby tam się lepiej wsłuchać w ten głos mickiewiczowskiego ducha, to musiało i paść, że
Zobaczysz Wrocław, jsak spojrzysz na Sulmierzyce,
Od Obornik Śląskich po Kobierzyce
Tylko hrabia Wielogłowski musiał tę strofę przy zapisie z niewiadomych powodów pominąć… Ale już uzupełniłem.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze