Dzień przed katastrofą studenci pobliskiego akademika poinformowali, że stawiany budynek chwieje się. Ale po kontroli uznano, że nic złego się nie dzieje. Kilka godzin później, dokładnie o godzinie 14.10, doszło do największej katastrofy budowalnej w powojennej historii Wrocławia. Pod gruzami budowanego gmachu Wydziału Melioracji zginęli 10 robotników.
Wydział Melioracji Rolnych Wyższej Szkoły Rolniczej powstał w 1951 r., tuż po utworzeniu wrocławskiej WSR i otrzymał budynek przy ul. Skłodowskiej-Curie 42. Na początku lat 60. zdecydowano jednak o budowie nowego budynku dla wydziału, który miał stanąć na posesji przy pl. Grunwaldzkim 24.
Prace rozpoczęto na przełomie roku 1964 i 1965. Jednak tempo robót nie zadowalało lokalnych władz partyjnych. Budynek przecież powstawał w centrum Wrocławia na oczach mieszkańców. W związku z naciskami partii zmieniono kierownika budowy i postanowiono nadgonić terminy. Prace ruszyły pełną parą. Na budowie pomagali także uczniowie "budowlanki" oraz więźniowie. Najważniejszy był efekt wizualny, więc zaniedbywano przy tym podstawowe prace murarskie, które przy stawianiu kilkupiętrowego gmachu należało wykonać.
Jeden z ekspertów w filmie poświęconym tej tragedii powiedział, że było wiele przyczyn zawalenia się niedokończonego gmachu przy pl. Grunwaldzkim. Wśród kilkunastu było także zaniechanie "usztywniania na bieżąco konstrukcji przy budowie ścian". Wystarczył silny podmuch wiatru, żeby cała konstrukcja runęła. A feralnego dnia wiatr we Wrocławiu wiał z prędkością prawie 65 km/h.
„Tragiczna katastrofa budowlana wydarzyła się wczoraj we Wrocławiu. Około godz. 14.10 ludzie przechodzący przez plac Grunwaldzki usłyszeli silny huk i zobaczyli, jak w tumanach pyłu wali się w gruzy pięciokondygnacyjny obiekt wznoszony przez Wrocławskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego nr 1 dla Wydziału Melioracji Wyższej Szkoły Rolniczej – donosiła w środę 23 marca 1966 roku na pierwszej stronie „Gazeta Robotniczej”. - Wystarczyły sekundy i pomiędzy domami akademickimi, na miejscu budowy, sterczało już tylko zwalisko gruzów. Walące się ściany i stropy pogrzebały robotników. Ilu i w jakich miejscach – nikt początkowo nie wiedział".
Tuż po katastrofie rozeszła się po Wrocławiu plotka, że władze tuszują liczbę zabitych. Mówiono, że pod gruzami mogło zginąć nawet kilkadziesiąt osób. Pierwszego dnia odnaleziono zwłoki ośmiu osób, w tym trzech więźniów, którzy pracowali na tej budowie. Następnego dnia - kolejne dwie. W sumie zginęło dziesięć osób. Wszyscy, którzy byli podczas wypadku na placu budowy. O wielkim szczęściu mogła mówić dwójka robotników, którzy tego dnia nie pojawili się na budowie. Jeden pojechał do chorej matki, drugiego nie puściła do pracy żona. Los był równie łaskawy dla kilku cieśli, którzy wyszli na przerwę do pobliskiego baru.
Tuż po wypadku na miejsce przybyło pogotowie ratunkowe, straż pożarna, milicja i około tysiąc żołnierzy.
W katastrofie zginęli:
Na miejscu katastrofy pojawili się najwyżsi przedstawiciele lokalnych władz partyjnych – I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR Władysław Piłatowski oraz przewodniczący Prezydium Rady Narodowej, Bolesław Iwaszkiewicz. Do Wrocławia przyjechał również Ryszard Gerlachowski, wiceminister budownictwa i przemysłu materiałów budowlanych.
„Jeszcze przedwczoraj w nocy i wczoraj rano przedstawiciele dyrekcji i rady zakładowej przy Wrocławskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego nr 1, którego pracownikami byli tragicznie zmarli robotnicy, odwiedzili ich rodziny, składając wyrazy współczucia i wręczając doraźne zapomogi. Przedsiębiorstwo przyznało rodzinom ofiar wypadku po 5 tysięcy złotych, Ministerstwo Budownictwa i Przemysłu Materiałów Budowlanych po 15 i 20 tys. zł., a Zarząd Okręgowy ZZ PBiPMB przekazał do podziału 50 tys. zł. Pewną sumę przyznało na ten cel również Prezydium Rady Narodowej miasta, które ponadto podjęło wczoraj uchwałę w sprawie pośmiertnego przyznania ofiarom katastrofy na pl. Grunwaldzkim Odznak Budowniczego Wrocławia. Pogrzeby odbędą się na koszt Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłowego nr 1 – podało „Słowo Polskie”.
Winą za wypadek obarczono kierownictwo budowy. W procesie prowadzonym przed Sądem Wojewódzkim we Wrocławiu skazano ich na pięć lat więzienia. Natomiast nikt z władz partyjnych nie odpowiedział za katastrofę. Sprawę dosyć szybko „zamieciono pod dywan”.
Budowę budynku wedle tego samego projektu, jednak bez zbędnego pośpiechu zakończono w 1969 r.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze