Nawet kara śmierci groziła tym, którzy na wezwanie niemieckich władz nie stawili się na budowie lotniska powstającego pod koniec wojny między dzisiejszym rondem Reagana a mostem Szczytnickim. Do pracy zmuszano nawet dzieci. Inwestycja kosztowała życie około 13 tysięcy osób. Z lotniska wystartowało raptem kilka samolotów. Po wojnie przestało istnieć.
W tym czasie we Wrocławiu były już dwa lotniska. Ale to cywilne na Gądowie było często ostrzeliwane przez armię radziecką, a to wojskowe na Strachowicach - było już jej pod jej kontrolą. Niemcy naprędce zarządzili więc budowę nowego lotniska i to w ścisłym centrum miasta. Miało powstać na placu Grunwaldzkim, między dzisiejszym Rondem Reagana a Mostem Szczytnickim. By powstał tam pas startowy, trzeba było zrównać z ziemią aż 150 budynków budynków, wśród nich kamienice mieszkalne i dwa kościoły. A że ludzi do pracy brakowało, zarządzono pracę przymusową - mieli się do niej zgłosić wszyscy, którzy dostali wezwania od władz. Wśród nich chłopcy powyżej 10. roku życia i dziewczynki, które skończyły 12 lat. Ci, którzy do przymusowej pracy nie przyszli, stawali przed sądem. A ten miał prawo wydać nawet wyrok śmerci. Do pracy zapędzono też więźniów, internowanych i jeńców.
Według relacji historyków, przy budowie lotniska na placu Grunwaldzkim życie straciło około 13 tysięcy osób. Cała inwestycja była gotowa w dwa miesiące - powstawała od lutego do kwietnia 1945 roku. Na niewiele się jednak przydała. Z pasa w samym centrum Wrocławia zdążyło wystartować raptem kilka niemieckich samolotów. Niedługo później władze niemieckie ogłosiły kapitulację Breslau.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze