Prezes sam zamontował nowy reaktor do recyklingu opon. Twierdził, że się na tym zna. Urządzenie eksplodowało. Jego pokrywa została odrzucona na 8 metrów. Wybuchł pożar. Pracujący w hali 51-letni Ukrainiec z oparzeniami głowy, tułowia, nóg i dróg oddechowych w krytycznym stanie trafił do szpitala. Lekarze musieli amputować mu nogę. Sześć dni później zmarł. Po roku w tej samej firmie znów wybuchł pożar. Strażacy walczyli z ogniem przez dwa tygodnie. Przyczyną było podpalenie. Sprawcy do dziś nie znaleziono.
Prezesowi firmy recyklingowej z Wilkowa pod Złotoryją grozi więzienie. Prokuratura kilka dni temu skierowała do sądu akt oskarżenia w jego sprawie. Chodzi o pożar z 2022 roku oraz to, w jaki sposób w firmie przechowywano toksyczne substancje. - Mogło to stanowić zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzi, spowodować obniżenie jakości wody, albo zniszczenia w świecie roślinnym lub zwierzęcym - twierdzi prokuratura.
POŻARY W ZAKŁADZIE UTYLIZACJI W WILKOWIE - KLIKNIJ I ZOBACZ ZDJĘCIA
Jak ustalili śledczy, wszystko zaczęło się od wybuchu, do którego doszło podczas recyklingu opon 3 stycznia 2020 r. Uszkodzony został wtedy jeden z reaktorów. Trzeba było go wymienić. - Firma zakupiła urządzenie do samodzielnego montażu. Prezes oświadczył, że dysponuje niezbędną wiedzą, doświadczeniem oraz uprawnieniami do należytego montażu instalacji oraz zobowiązał się wykonać ją ze szczególną starannością - informuje Liliana Łukasiewicz z Prokuratury Okręgowej w Legnicy.
- Nie było to prawdą. Linię wykonano niestarannie, a do jej obsługi skierowano pracownika, który nie miał do tego odpowiednich kwalifikacji i nie został przeszkolony w zakresie bhp. Zatrudniono go jedynie do segregacji odpadów gumowych na placu magazynowym - twierdzą śledczy.
6 maja 2022 r. reaktor wybuchł. - Jego pokrywa została odrzucona na około 8 metrów. Następnie bardzo szybko rozprzestrzenił się pożar. W chwili wybuchu na terenie hali produkcyjnej obecni byli dwaj pracownicy, w tym pokrzywdzony 51-letni obywatel Ukrainy. Poza terenem hali, na terenie zakładu pracowało również dwóch innych pracowników - relacjonuje Liliana Łukasiewicz.
Ukrainiec z oparzeniami głowy, tułowia, nóg i dróg oddechowych w krytycznym stanie został przetransportowany śmigłowcem do szpitala w Poznaniu. - Z uwagi na ostre niedokrwienie dokonano amputacji prawej nogi. Pomimo intensywnego leczenia, mężczyzna zmarł w szpitalu po 6 dniach - informuje prokuratura.
Badając przyczyny tego tragicznego zdarzenia, śledczy poprosili o opinie biegłych. To na ich podstawie przedstawili prezesowi Mariuszowi M. zarzuty. Według śledczych, nie dopełnił obowiązków i naraził pracowników na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu i "sprowadził zdarzenie zagrażające mieniu w wielkich rozmiarach". Mężczyźnie grozi 8 lat więzienia.
- Prokurator w akcie oskarżenia podniósł, że skala nieprawidłowości w zakładzie, zarówno w konstrukcji urządzeń wchodzących w skład linii do pirolizy, jak i przebiegu procesu technologicznego – była tak rażąca, że prowadzenie produkcji przez osoby kierujące pracownikami musiało wiązać się ze świadomością zagrożeń, jakie wywoływało użytkowanie tej linii. W zakładzie tym w latach 2014-2020 doszło do dziewięciu wypadków przy pracy, w tym sześciu w związku z obsługą linii do pirolizy opon. Kolejne wypadki były spowodowane niejednokrotnie tą samą przyczyną, wynikającą z wadliwości linii do pirolizy i brakiem odpowiedniej reakcji ze strony osób zarządzających spółką - podkreśla Liliana Łukasiewicz.
Rok po tragedii straż pożarna znów odebrała telefon o pożarze w Wilkowie. Płonęło składowisko opon. - Przybyłe na miejsce jednostki straży nie były w stanie opanować ognia i ugasić pożaru, z powodu jego rozmiaru i ilości energii powstającej przy spalaniu opon. W akcji ratunkowej brało udział ponad 25 zastępów straży oraz samolot gaśniczy - relacjonuje prokurator. Walka z pożarem trwała od 17 czerwca do 3 lipca.
Śledczy ustalili, że przyczyną pożaru było podpalenie. Sprawcy nie zdołano ustalić. Śledztwo umorzono.
Ale prokuratorzy natknęli się na inne przestępstwo. - Podczas oględzin na terenie bezpośrednio przyległym do zakładu ujawniono kilkadziesiąt plastikowych pojemników z nieustaloną cieczą o intensywnym zapachu ropopochodnym. Część pojemników była rozszczelniona. Z opinii biegłego z zakresu ochrony środowiska wynika, że w pojemnikach znajdowały się produkty pirolizy opon, tj. sadza odpadowa oraz oleje z pirolizy. Sadza zawiera związki węglowodorowe o potencjalnie toksycznym działaniu. Z kolei oleje z pirolizy zawierają węglowodory aromatyczne, które mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia i środowiska, szczególnie w przypadku niewłaściwego składowania. Biegły wskazał, że odpady tego rodzaju powinny być składowane selektywnie na utwardzonych i zabezpieczonych terenach, aby minimalizować ryzyko wycieków i skażenia, czego na składowisku w Wilkowie nie przestrzegano. Odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi prezes Mariusz M. - mówi Liliana Łukasiewicz. Prezes odpowie przed sądem także za to. Tu kara może sięgać 10 lat więzienia.
Mariusz M. nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze