To był niezwykły napad z wielu względów. Na przykład napastnicy dzień wcześniej uprzedzili, że się tam pojawią. Dlatego właściciele lokalu na ten wieczór zaprosili ekipę telewizyjną, która sfilmowała całe zajście. Była krótka walka i odwrót. Goście rzucili się w pościg za uciekająca grupą. Nikt nie miał wątpliwości, kto wszczął rozróbę, ponieważ czterej napastnicy stracili kominiarki…
Wszystko właściwie zaczęło się banalnie. Pewien mężczyzna przyszedł do lokalu z kolegami z pracy. Alkohol lał się strumieniami. W pewnym momencie mocno znieczulony mężczyzna zaczął rozrabiać. Właścicielom restauracji skończyła się cierpliwość i uciążliwych gości wyrzucili. Chyba niezbyt delikatnie. Jakby tego było mało, wezwali policję.
I tu przestaje być banalnie. Wyrzuconymi gośćmi byli policjantami z Kompanii Antyterrorystycznej a lokal nazywał się Reduta i mieścił się na Wzgórzu Partyzantów, które teraz już, zgodnie z historyczną nazwą, zaczyna być bardziej znane jako Bastion Sakwowy.
Na początku lat 90. XX wieku w Reducie powstało jedno z pierwszych w mieście kasyn gry. W 1995 roku w miejsce kasyna powstała dyskoteka. Obiekt przejęli ludzie powiązani z wrocławskim półświatkiem, wcześniej byli ochroniarzami kasyna. Dwaj z nich dużo później zasiedli na ławie oskarżonych w procesie grupy przestępczej kierowanej przez bokserskiego mistrza Leszka C.
Do tej pierwszej utarczki doszło 8 marca 1996 roku. Musimy też wyjaśnić, że goście zostali rozpoznani jako policjanci. Jak to możliwe, że zidentyfikowano funkcjonariuszy, którzy przecież w czasie akcji mają kominiarki? Wyjaśnienie jest proste. Ludzie z półświatka i policjanci spotykali się na siłowniach. Często wywodzili się z tego samego - sportowego - środowiska. Na przykład z klubu Gwardia Wrocław. Byli bokserami, zapaśnikami lub trenowali wschodnie sztuki walki.
Tydzień po wspomnianym zajściu do dyskoteki przyszedł inny policjant - bokser, dowódca drużyny w kompanii antyterrorystycznej. Z jednym z właścicieli, mistrzem wschodnich sztuk walki, znał się właśnie ze wspólnych treningów w Gwardii Wrocław. Gdy wypił, miał pretensje o to, co wydarzyło się kilka dni wcześniej. Mówił, że został naruszony honor KAT-u i nie mogą puścić tego płazem, że wejdą w trzydziestu i zdemolują lokal. Zostawił kolegom wizytówkę.
A ci mu uwierzyli i na wszelki wypadek na drugi dzień wieczorem zaprosili ekipę telewizyjną. Krótko po przyjeździe dziennikarzy, dokładnie 30-osobowa grupa napastników w kominiarkach wpadła do lokalu. Napastnicy rozbiegli się po pomieszczeniach. Akcja trwała około dwóch-trzech minut. Gdy włączyły się światła, ktoś krzyknął "kamera" i padło hasło do odwrotu.
Gonieni przeciskali się w wąskim korytarzu, czterem udało się zdjąć kominiarki. Za uciekinierami wybiegli bawiący się w lokalu goście. Ale drogę zastąpił im czerwony volkswagen golf, nieoznakowany policyjny radiowóz. Wsparł go drugi radiowóz, z którego wyszedł mężczyzna z pistoletem. Przeładował go i uniósł wysoko. Ten argument powstrzymał goniących, ale zadzwonili na policję. Wkrótce od placu Dominikańskiego nadjechały kolejne dwa radiowozy, ale wszyscy odnieśli wrażenie, że policjanci zamiast wyłapywać uciekających, zachowywali się tak, jakby ich osłaniali.
Sprawa szybko trafiła na czołówki gazet. Komenda Główna Policji nakazała natychmiastowe wyjaśnienie szczegółów zajścia. Czterej policjanci, którzy stracili kominiarki, zostali namówieni przez oficerów z komendy wojewódzkiej, by wzięli winę na siebie i atak przypuścili razem z kumplami podwórka. Usłyszeli, że chwilowo zostaną przeniesieni do innej jednostki, a jak sprawa przycichnie, wrócą do kompanii. Taką obietnicę miał im przez pośredników złożyć sam ówczesny komendant wojewódzki. Słowa nie dotrzymano. Jak złożyli uzgodnione zeznania, zwolniono ich z pracy. Wtedy zeznali prawdę.
Podobno w dzień napadu dowódca kompanii rozkazał napaść na Redutę. Mieli mieć cywilne ubrania i kominiarki. Zbiórkę zarządził o godzinie 23.30 w Piwnicy Świdnickiej. Mieli tylko narobić zamieszania i wybiec z dyskoteki. Taką wersję wydarzeń przyjęły prokuratura i sądy zajmujące się tą sprawą.
Ale wielu trudno było uwierzyć, żeby sam dowódca wymyślił taką akcję i wysłał na nią swoich podkomendnych. Do tego angażując dodatkowych policjantów, którzy wezwani przyjechali niby łapać napastników, a de facto ich osłaniać. Sugerowano, że w grę mogły wchodzić jednak inne porachunki na styku gangsterzy-policja.
Zaczęło się wielowątkowe śledztwo, wielkie mataczenie, procesy i odwołania. W efekcie tylko kilku usłyszało wyroki w zawieszeniu. Napaść na Redutę zakończyła też karierę komendanta wojewódzkiego policji. Na kilka lat został oficerem łącznikowym w Moskwie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Dlaczego uważacie, że dzisiejsza tzw. "policja" to grzeczni chłopcy, którzy chcą was chronić i wam pomagać? Co wam każe myśleć, że dzisiaj jest inaczej, niż było wtedy?
Dlaczego uważacie, że dzisiejsza tzw. "policja" to grzeczni chłopcy, którzy chcą was chronić i wam pomagać? Co wam każe myśleć, że dzisiaj jest inaczej, niż było wtedy?