Wrocławianin Andrzej Ś. uznawany za najbardziej niebezpiecznego gwałciciela w historii Polski, może mieć na sumieniu blisko 100 gwałtów i usiłowań gwałtów dokonywanych we Wrocławiu głównie w parkach, zagajnikach i nad Odrą. We wrześniu kończy odsiadywać karę więzienia. Ale nie wyjedzie na wolność - zdecydował we wtorek sąd. Uznał go za osobę stwarzającą zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób i - na podstawie tzw. ustawy o bestiach - orzekł umieszczenie w ośrodku w Gostyninie.
Zbrodnie, których przed laty dokonywał Andrzej Ś., długo były ukrywane przez policję przed mieszkańcami. Ich kulisy odsłonił reportaż "Będziesz następna" na platformie Netflix. Jego tytuł nie był przypadkowy. - Co się tak cieszysz? Jak wyjdę, to cię zgwałcę. Będziesz następna - miała usłyszeć od Andrzeja Ś. policjantka podczas przesłuchania. Innym policjantom zapowiedział: Jak mnie wypuszczą, nie będę już gwałcił. Będę zabijał.
Andrzej Ś. gwałcił od 1995 do 2010 roku. Działał w całym Wrocławiu, ale głównie w okolicach Jagodna, Wojszyc, Partynic, Leśnicy, Biskupina i Bartoszowic oraz na Wzgórzu Andersa. Miejsca ataków dokładnie przygotowywał. Nie działał po omacku. Wszystkie napady starannie planował, wzorując się między innymi na amerykańskich serialach kryminalnych. Zaatakowanym kobietom po gwałtach kazał liczyć do stu. Sam w tym czasie uciekał. Potem każdy napad opisywał w pamiętniku.
Ustalił też zasady, którymi się kierował. Swoje "zarzondzenia" (pisownia oryginana) zapisał na kartce, którą po latach policjanci znaleźli w jego mieszkaniu. "Gwałcę kobiety od 12 do 50 roku życia. Bóg zwalnia mnie z grzechu gwałtu na kobiecie. W czasie pokoju mogę gwałcić kobiety. Ale w czasie wojny mogę gwałcić i zabijać. W czasie wojny nie zabijam kobiet, ale mogę zabijać mężczyzn" - zapisał wrocławianin.
Kopie zapisków gwałciciela ujawniła w reportażu "Będziesz następna" dziennikarka Iza Michalewicz. To dzięki niej poznaliśmy kulisy działalności bandyty, latami skrywanej przed wrocławianami przez policję. Autorka dotarła do ofiara mężczyzny i policjantów, którzy tropili jego działalność. Pokazała też skrupulatnie prowadzony przez Andrzeja Ś. dzienniczek ataków na wrocławianki. Zapisywał w nim wszystko - miejsca zbrodni, imiona i wiek swoich ofiar, ich wygląd, a nawet to czy mają dzieci. Obok rysował pozycje seksualne, w jakich miał dokonywać gwałtów. Lista zawiera informacje o 96 napadach.
KLIKNIJ I ZOBACZ ZAPISKI ANDRZEJA Ś. TO DOWODY ZBRODNI
Przesłuchujący Andrzeja Ś. policjanci początkowo nie byli przekonani, czy zapiski mężczyzny to faktycznie relacje z prawdziwych napadów czy też tylko opis seksualnych fantazji dewianta. Dali mu kartkę i ołówek, poprosili by jeszcze raz opisał to co pamięta. Ś. ponownie wyliczył wszystkie swoje czyny. "Spis na podstawie poprzednich tabel oraz pamięci zwrokowej. To musi wystarczyci bo mi się jusz fszystko pierd... w głowie" - zastrzegł w nagłówku (pisownia oryginalna).
Zatrzymano go dopiero w roku 2010, 15 lat po pierwszym gwałcie. Przez cały ten czas policja ukrywała przed wrocławianami informację o szczególnie niebezpiecznym mężczyźnie. A Andrzej Ś. wciąż znajdował kolejne ofiary. Dlaczego policja milczała? Bała się kompromitacji? A może liczyła, że po cichu łatwiej będzie zatrzymać bandytę?
- Wszystko ma dwa końce - mówił potem portalowi TuWroclaw.com Remigiusz Korejwo, jeden z policjantów działających w specjalnej grupie Komendy Miejskiej Policji powołanej do wyjaśnienia sprawy Andrzeja Ś. - Muszą zgadzać się cyferki, chodzi o statystyki. Policji nie jest na rękę informowanie mediów, że jest ktoś, kto gwałci. A tym bardziej, że to może być seryjny gwałciciel - tłumaczył.
- Dla nas, policjantów, którzy działali przy sprawie, też się to wydało bardzo dziwne. Typowaliśmy coraz więcej zdarzeń pasujących do naszego, jeszcze wtedy nieuchwytnego seryjnego gwałciciela. I niestety, policjanci, którzy pracują w terenie, ci "tropiciele", potwierdzą, że nie bierze się pod uwagę hipotez i nie przekazuje się ich wyżej. Nie upublicznia się ich, bo to może wywołać strach w społeczeństwie. A przełożeni, ci, którzy w policyjnej hierarchii są najwyżej, panicznie boją się słowa "seryjny". Nas też zdziwiło to, że w mediach nie było żadnej wzmianki o żadnych gwałtach przez X lat - mówił nam Korejwo. - Na początkowym etapie śledztwa nie mogliśmy też sami poinformować o tym mediów. Takie polecenie może wydać tylko prokurator albo ktoś "na górze" w policji - rozkładał ręce.
Choć w notatkach Andrzeja Ś. pojawia się aż 96 gwałtów, usiłowań gwałtów i napadów na tle seksualnym, w sądie odpowiadał "tylko" za 20. Jedynie tyle kobiet zdecydowało się zeznawać. Policji nie udało się też dotrzeć do wszystkich ofiar.
Andrzej Ś. usłyszał wyrok 15 lat więzienia - najwyższy, na jaki pozwalało polskie prawo. - Jestem oburzony polskim wymiarem sprawiedliwości. Niezależnie czy zgwałciłby jedną kobietę, czy sto, to dostałby tylko 15 lat - nie ukrywał złości Remigiusz Korejwo.
Koniec wyroku upływa we wrześniu. We wtorek sąd zdecydował o umieszczeniu Andrzeja Ś. w zamkniętym ośrodku w Gostyninie. - Sąd Okręgowy I Wydział Cywilny w sprawie I Ns 607/24 wydał postanowienie, w którym uznał uczestnika za osobę stwarzającą zagrożenie w rozumieniu ustawy z 22 listopada 2013 roku o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzającymi zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób i orzekł umieszczenie uczestnika w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym - poinformowała sędzia Karolina Halagiera, rzecznik prasowy do spraw cywilnych Sądu Okręgowego w Bydgoszczy.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.