Spirytus lejący się cysternami przez granicę, brutalne porachunki, porwania, zamachy bombowe i strzelaniny, które mylono z egzekucjami. W latach 90. XX wieku Zgorzelec był jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc na mapie Polski. Dwaj byli wspólnicy stali się śmiertelnymi wrogami, a ich wojna pochłonęła co najmniej pięć niewinnych ofiar. To historia mafii spirytusowej, której echa nie ucichły do dziś.
W latach 90. XX wieku Zgorzelec wyglądał jak scena z kryminalnego serialu. Dyskoteki, nocne kluby, alkohol, narkotyki, strzelaniny w biały dzień i przemytnicze mafie. Rozkwit przestępczości był napędzany otwarciem granic i ówczesną niewydolnością państwa. W tym świecie dwóch ludzi - czyli Zbigniew M. ps. "Carrington" i Jacek B. ps. "Lelek" - stworzyło imperium spirytusowe. Ich konflikt zapoczątkował brutalną "wojnę zgorzelecką", która pochłonęła wiele istnień, w tym pięciu zupełnie niewinnych mężczyzn, którzy znaleźli się w złym miejscu i o złym czasie, ale zacznijmy od początku.
Zbigniew M., zwany Carringtonem, był z zawodu kierowcą i właścicielem legalnej firmy transportowej. Ukończył zawodówkę, trenował kulturystykę i jeździł po okolicy na rowerze szosowym. W latach 90. zamiast mebli zaczął wozić spirytus. Wraz z Lelkiem, który odkrył „żyłę złota” na alkoholu zza granicy, stworzyli siatkę przemytniczą z niemal wojskową precyzją.
Ciężarówki z beczkami spirytusu przejeżdżały przez most techniczny w Sękowicach, zbudowany do transportu materiałów na potrzeby budowy przejścia granicznego. W Polsce spirytus rozrabiano i butelkowano w lasach, a potem rozwożono po kraju. Każdy członek grupy miał przypisaną konkretną rolę. Jedni płacili łapówki strażnikom, inni stali z lornetkami na wzgórzach, wypatrując zagrożeń. System działał jak dobrze naoliwiona maszyna.
Carrington i Lelek różnili się w podejściu do „biznesu”. Carrington chciał zwiększyć liczbę transportów, Lelek wolał działać "po cichu" i nie rzucać się w oczy. Nie potrafili dojść do porozumienia. Punktem zapalnym okazało się działanie Pomyka, zaufanego człowieka Lelka, który postanowił samodzielnie przewieźć tira przez granicę. Brak doświadczenia doprowadził do kolizji, w wyniku które uszkodził dźwig, stojący obok wąskiego mostu. Strażnicy zauważyli incydent, a „miejscówka” została spalona. Carrington wpadł w szał i wyrzucił Pomyka z interesu, co nie spodobało się Lelkowi.
Po incydencie z mostem sojusz pękł. Każdy boss zaczął tworzyć własną grupę. Zaczęły się roszady ludzi, zdrady i pierwsze strzały. Carrington miał wsparcie Wołomina i Pruszkowa, więc nie obawiał się konfrontacji.
Gdy do Carringtona dwukrotnie próbowano strzelać (podejrzewał, że za zamachami stoi Lelek), jego ludzie natychmiast odpowiedzieli, ostrzeliwując samochód wspólnika Lelka. W odwecie Lelek zlecił Markowi W. skonstruowanie bomby domowej roboty. Jednak konstruktor zginął w trakcie pracy nad ładunkiem. Niedługo po jego śmierci doszło do masakry. Ostrzelano samochód z ośmioma Białorusinami. Dwóch zginęło na miejscu, trzech zostało rannych. W tym momencie spirala przemocy już się nie zatrzymała.
Kolejna odsłona wojny miała miejsce w niewielkiej wsi Modrzewie koło Wlenia. Ludzie Lelka porwali Grzywę, człowieka Carringtona, ale zdrada jednego z ludzi Lelka ujawniła miejsce przetrzymywania ofiary. Carrington osobiście wraz ze "Ślepym" i dwoma innymi udał się na akcję.
Jak opisano w książce „Świadek koronny…”, celem było odbicie Grzywy i zabicie wszystkich obecnych:
To była egzekucja. Carrington, Ślepy i Andriej przyjechali po Grzywę i z zamiarem zabicia każdego, kogo tam spotkają.
Postrzelili dwóch strażników. Kiedy przybyli Pomyk i Jarosław J., Carrington strzelił do Pomyka w plecy, a potem osobiście wykonał egzekucję. Ciała ukryto w studni. Jeden z młodych oprawców próbował uciekać przez okno, ale zginął od serii wystrzałów. Ostatniego z ekipy Lelka wywieziono do lasu i zabito na miejscu. Ich szef miał być tamtego dnia obecny, ale się nie pojawił.
Najbardziej wstrząsające ze wszystkich krwawych porachunków było zdarzenie w Leśnej. W nocy, na bocznej drodze, uzbrojeni napastnicy ostrzelali białego Forda Sierrę. Kierowca zginął, próbując zawrócić. Pozostałych czterech mężczyzn wyciągnięto z auta i rozstrzelano strzałami w tył głowy. Zginęli na miejscu.
Ofiary nie miały nic wspólnego z wojną spirytusową. Okazało się później, że doszło do tragicznej pomyłki. Valerian K., pochodzący z Azji Środkowej, był przekonany, że samochodem jadą ludzie Carringtona, którzy chcą się na nim zemścić. Z kolei pasażerowie Forda myśleli, że śledzą dłużnika Marka J., który był im winny pieniądze. Nikt nie sprawdził faktów. Zginęli zupełnie przypadkowi przemytnicy aut.
Jak policja trafiła na ślad Valeriana K.? Mężczyzna nie użył odbezpieczonego granatu, ale zawleczka znaleziona później na miejscu zbrodni okazała się kluczowa. Podczas rutynowej kontroli funkcjonariusze znaleźli u niego granat zabezpieczony gwoździem. W 1998 r. został skazany na dożywotnią karę więzienia.
Złamanie grupy przemytniczej zaczęło się od niemieckich strażników, których nie udało się przekupić. To oni jako pierwsi wykryli transport spirytusu i zawiadomili o tym polską stronę. Rozpoczęły się aresztowania.
Carrington został zatrzymany, przyznał się do winy i nie protestował. Odsiedział dwa lata, po czym wyszedł na wolność po wpłacie 200 tys. zł kaucji. Niedługo później uległ wypadkowi na rowerze, który spowodował poważne uszkodzenia mózgu. Przebywał na oddziale neurologii w szpitalu w Zgorzelcu. Tak jego pobyt relacjonuje jedna z pracownic szpitala.
– Bałyśmy się. Na oddział wszedł wielki facet, może dwa metry wzrostu. Udawałyśmy, że nikogo takiego, jak Carrington tu nie ma. A on leżał na erce po trepanacji czaszki. Nie mówił, jakby nie ogarniał, co się wokół dzieje. Wiedziałyśmy, kto to jest, i byłyśmy przestraszone. Mówiło się, że ktoś z policji leżał tu niby jako pacjent, ale w rzeczywistości miał go pilnować. W cywilu. Czy to prawda? Do dziś nie wiadomo – opowiada jedna z pracowniczek szpitala.
Carrington nigdy nie stanął ponownie przed sądem i został ubezwłasnowolniony przez matkę. Chodziły pogłoski, że jego pobyt w szpitalu to mistyfikacja, ale w rzeczywistości po rekonwalescencji Zbigniew M. umiał powiedzieć tylko dwa słowa: "tak" i "nie".
Lelek został skazany na 15 lat więzienia, dzięki zeznaniom Ireneusza G., świadka koronnego. Wyszedł na wolność w 2016 roku, ale już w 2019 roku został ponownie zatrzymany przez CBŚ. Tym razem za kierowanie nową grupą przestępczą, pranie pieniędzy i wyłudzanie VAT-u. Prokuratura postawiła 64 zarzuty wobec 17 podejrzanych.
W 2024 roku udzielił głośnego wywiadu na YouTube pt. „Zgodziłem się na wywiad, by powiedzieć więcej, niż piszą media”, w którym opowiadał o życiu za kratami i rzekomej resocjalizacji. Niedługo później, 6 lutego, we Wschowie (woj. lubuskie), podczas próby zatrzymania przez CBŚP, popełnił samobójstwo. Funkcjonariusze działali na polecenie wrocławskiego oddziału Prokuratury Krajowej, prowadzącej śledztwo w sprawie dawnych zbrodni na Dolnym Śląsku.
Zgorzelec lat 90. był miejscem, gdzie fortuna, przemoc i zdrada szły w parze. Bossowie jeździli szybkimi samochodami, a pozostali nawet nie wiedzieli, że takie istnieją. Jak napisali autorzy książki „Świadek koronny”:
Carrington zarabiał ogromne pieniądze i każdy chciał mieć zysk. Tacy ludzie jak Lelek czy Pomyk nie interesowali się niczym poza kasą. To nie byli leszcze – to byli ludzie, którzy dorobili się przy Carringtonie i chcieli jeszcze więcej.
Ta historia to przestroga o tym, jak pazerność i zemsta mogą pochłonąć wszystko: fortuny, przyjaźnie i niewinne życia.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze