25-letni dzielnicy usłyszał zarzuty prokuratorskie dotyczące niedopełnienia obowiązków służbowych oraz poświadczenia nieprawdy w dokumentacji. Sprawa jest związana z rodzinną tragedią, która rozegrała się 28 marca tego roku w Prusicach. W wyniku makabrycznego zdarzenia zginęły cztery osoby, w tym dwoje dzieci.
Ta zbrodnia wstrząsnęła całą Polską. 28 marca Adam Sz., strażnik więzienny, zastrzelił swoje dzieci oraz teściową. Dziś okazuje się, żeby być może tragedii można było uniknąć. Niestety, służby nie zareagowały tak, jak powinny.
Jak poinformował portal TVN 24 Wrocław, w śledztwie wyszło na jaw, że dzielnicowy z Prusic już w lutym br. wiedział, że w rodzinie Sz. źle się dzieje. - Już 9 lutego na skrzynkę mailową policjanta wpłynęło zawiadomienie o psychicznym znęcaniu się przez Adama Sz. nad żoną, nadużywaniu alkoholu oraz podejrzeniu prowadzenia pojazdu pod jego wpływem. W zgłoszeniu wskazano również, że mężczyzna posiada dostęp do broni palnej – poinformowała TVN 24 Wrocław rzeczniczka Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu, Karolina Stocka-Mycek. Jak podają śledczy, zawiadomienie złożyła osoba postronna, a 18 lutego zostało ono uzupełnione telefonicznie.
Niestety, dzielnicowy w tej sprawie nie podjął żadnych działań. Po zbrodni, która miała miejsce 28 marca, Radosław P. sporządził notatkę służbową, w której wskazywał na rzekomą weryfikację doniesień dotyczących przemocy poprzez kontakt z instytucjami i sądami. Według ustaleń śledczych, informacje te nie były zgodne z prawdą.
Dzielnicowy nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i odmówił składania wyjaśnień. Grozi mu kara od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności. Zastosowano wobec niego poręczenie majątkowe w wysokości 5 tysięcy złotych oraz zawieszono go w obowiązkach służbowych.
Śledztwo w sprawie samej zbrodni zostało umorzone po tym, jak 27 sierpnia zmarł sprawca – Adam Sz. Przypomnijmy, że feralnego wieczoru 28 marca, po sprzeczce z żoną, oddał on strzały z prywatnej broni – najpierw do teściowej, później do dwójki swoich dzieci, a na końcu do siebie. 71-letnia kobieta i pięcioletnia dziewczynka zginęły na miejscu, dziewięcioletni chłopiec zmarł w szpitalu po trzech dniach. Sam sprawca przeżył kilka miesięcy, zmarł w szpitalu pod koniec sierpnia.
Jedyna ocalała, matka dzieci, została objęta opieką psychologiczną.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze