Plecak pozostawiony przez pasażera z Tanzanii był powodem wczorajszej ewakuacji części lotniska. Na czas działań służb obiekt musiało opuścić w sumie 150 osób. Okazało się, że był to tylko fałszywy alarm, a w środku bagażu znaleziono jedynie komputer i rzeczy osobiste.
W poniedziałek funkcjonariusze straży granicznej wrocławskiego lotniska otrzymali informację o bagażu pozostawionym bez nadzoru w terminalu przylotów. Wysłano tam dyżurujących pirotechników, którzy po oględzinach bagażu i wyznaczeniu bezpiecznej strefy oraz po obejrzeniu zapisu z kamer uznali, że może stwarzać zagrożenie.
- Zwołany sztab kryzysowy zarządził na czas rozpoznania ewakuację około 150 osób z ogólnodostępnej hali terminala przylotów portu lotniczego. Rozpoznanie minersko-pirotechniczne, które przeprowadzili funkcjonariusze Straży Granicznej pozwoliło ustalić, że bagaż nie stwarzał zagrożenia i zawierał sprzęt komputerowy oraz rzeczy osobiste - informuje Paweł Biskupik z Nadodrzańskiego Oddziału Straży Granicznej.
Finalnie plecak przekazano do biura rzeczy znalezionych. Jednak po kilku godzinach odnalazł się właściciel pozostawionego bagażu. Był to 34-letni obywatel Tanzanii, który za swoje zachowanie musiał zapłacić mandat karny w wysokości 400 złotych.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze