Michał Jaros, wrocławski poseł Platformy Obywatelskiej, po tzw. aferze taśmowej związanej z wyborami na szefa PO w regionie został zawieszony w prawach członka partii, a rzecznik dyscypliny partyjnej skierował przeciw niemu wniosek dyscyplinarny. Jaros broni się i podkreśla, że nikomu nie proponował pracy w zamian za poparcie Jacka Protasiewicza. - Moje dobre imię zostało narażone na szwank, dlatego czekam z niecierpliwością na obrady Sądu Koleżeńskiego, który wyjaśni sprawę - podkreśla poseł.
Kilka dni później wokół wyborów na szefa PO na Dolnym Śląsku wybuchła afera. Po tym jak tygodnik Newsweek opublikował dwa nagrania rozmów działaczy tej partii, pojawiły się podejrzenia, że mogło dojść do korupcji politycznej. Złożono też wniosek o unieważnienie wyników zjazdu.
Krajowy zarząd PO oddalił jednak ten wniosek, ale na wniosek rzecznika dyscypliny partyjnej jednomyślnie zawiesił pięć osób, bohaterów ujawnionych nagrań: Edwarda Klimkę, Norberta Wojnarowskiego, Pawła Frosta, Tomasza Borkowskiego i Michała Jarosa w prawach członków partii na trzy miesiące.
Rzecznik dyscypliny partyjnej skierował też do Krajowego Sądu Koleżeńskiego wnioski dyscyplinarne przeciwko tym osobom.
Wrocławski poseł Michał Jaros właśnie odniósł się do tych wydarzeń i wydał w tej sprawie oświadczenie.
- W związku z ostatnimi publikacjami medialnymi w związku z tzw. „aferą taśmową”, chciałbym oświadczyć, że nikomu nie obiecywałem pracy w zamian za poparcie podczas zjazdu w Karpaczu. Jest mi przykro, że zostałem powiązany z taką sytuacją - pisze Michał Jaros.
Poseł podkreśla, że rozumie, że opisana przez media sprawa budzi dezorientację i oburzenie opinii publicznej, a w szczególności osób, które oddały na niego głos podczas ostatnich wyborów parlamentarnych.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze