Justyna Mierzejewska-Muniak pochodzi ze Zgorzelca, niewielkiego przygranicznego miasta, w którym, jak sama mówi, na co dzień niewiele się dzieje. Po śmierci mamy siłownia stała się jej drugim domem. Każdy start w zawodach to dla niej pasmo niekończących się sukcesów, a ona sama nie zamierza osiadać na laurach. Przed nią kolejne wyzwania. Jesteście ciekawi, jakie?
Twoja droga do świata fitness była szybka i pełna konsekwentnych działań. Jak zaczęła się ta przygoda?
Po śmierci mamy szukałam samej siebie. Było mi tak ciężko, że uciekałam z pracy, a w pewnym momencie zauważyłam, że poza moim życiem zawodowym nic właściwie nie istnieje. Do tego wracały uporczywe, smutne myśli. Wtedy postanowiłam pójść na siłownię. Zaczęłam spędzać tam każdą wolną chwilę. Aura, która tam panowała, dodawała mi skrzydeł, a widząc efekty, chciałam jeszcze więcej. Potem pojawiły się pozytywne komentarze na temat mojej sylwetki. Sama zaczęłam też oglądać występy dziewczyn startujących w zawodach i zobaczyłam, że są dla mnie ogromną inspiracją. Wtedy postanowiłam znaleźć osobistego trenera.
Która z zawodniczek najbardziej Cię zainspirowała?
Od razu wpadła mi w oko Valeriia Prokaza, a mój zachwyt nią trwa niezmiennie. Mimo że jako zawodniczki stoimy dziś razem na jednej scenie, to i tak jestem nią zafascynowana, a ona mną. Obie się wspieramy i wzajemnie sobie kibicujemy. Valeriię poznałam bliżej, gdy zaczęłam rozglądać się za trenerką pozowania. To ona nauczyła mnie stawiać pierwsze kroki na scenie i do dziś szlifuje moje wyjścia.
Kto jest Twoją trenerką?
Natalia Warzyńska, czyli Kobieta na Bombie. Muszę Ci powiedzieć, że bez niej ta cała droga byłaby po prostu niemożliwa. Trafiłam najlepiej, jak mogłam. Rozmawiałam już z wieloma zawodniczkami, z którymi wymieniamy się doświadczeniami, i wiem, że mam ogromne szczęście. Natalia towarzyszy mi przez siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. Teraz jest na dłuższym urlopie i zwiedza świat, a mimo to nadal jestem pod jej opieką.
W debiutanckim starcie zdobyłaś od razu złoto i brąz (Fit Model i Bikini Fitness). Jak wspominasz tamten moment?
To był pierwszy i najważniejszy start w moim życiu. Nie wygrana, a samo stanięcie na scenie z innymi zawodniczkami było dla mnie gigantycznym przeżyciem. To, że wygrałam, było wisienką na torcie. Pamiętam, że trzęsłam się wtedy jak galareta. Dziś już potrafię panować nad ciałem, ale wtedy głowa i ciało kompletnie nie współpracowały.
Dlaczego wybrałaś akurat te dwie kategorie?
Zawsze mnie interesowały. Sukienka przypomina mi lata młodości. Miałam wtedy dużo wspólnego z tańcem, a kiedy obserwowałam dziewczyny na scenie, byłam zachwycona tym, jak pięknie wyglądają. Kiedy sama ją zakładam, czuję się jak panna młoda albo księżniczka. Bikini Fitness z kolei daje mi możliwość pokazania efektów ciężkiej pracy. Widać wtedy moje mięśnie, które rzeźbię każdego dnia.
Jesteś jedyną zawodniczką z Dolnego Śląska, która zdobyła złoto w Fit Model i brąz na zawodach w Czechach. Co oznacza dla Ciebie reprezentowanie swojego regionu?
To dla mnie ogromne wyróżnienie. Zgorzelec nie jest dużym miastem. Niewiele się tu dzieje, a tu nagle taka szansa dla zwyczajnej matki i żony, żeby pojechać na międzynarodowe zawody i reprezentować Dolny Śląsk oraz Polskę. Jestem z tego dumna.
W Grand Prix Grudziądza zmierzyłaś się z najlepszymi zawodniczkami polskiej sceny fitness. Co było dla Ciebie najcenniejszą lekcją z tego wydarzenia?
Praca nad pozowaniem. Myślałam, że w tym czuję się najlepiej i najpewniej, ale okazało się, że — tak jak treningu — tych lekcji też nie można odpuszczać. Tu każdy gest, każdy ruch ma znaczenie. Nauczyłam się też podchodzić do zawodów z mniejszymi emocjami, a to bardzo pomaga.
Nie czujesz się zawiedziona, że wróciłaś bez medalu?
Nie, absolutnie. Najważniejsza była dla mnie finałowa szóstka. To ogromne wyróżnienie, żeby stanąć obok dziewczyn, które jeszcze niedawno były dla mnie największą inspiracją.
Twoja codzienność to nie tylko sport… Masz rodzinę i prowadzisz firmę sprzątającą. Jak wygląda Twoje życie na co dzień?
Czasem to jazda bez trzymanki. Staram się zaplanować każdy dzień. Wieczorem wszystko ustalam z chłopakami (z mężem i synem — przyp. red.) i dzielimy się obowiązkami, ale jak to bywa, większość i tak spada na mnie. Priorytetem są dla mnie trening i posiłki, bo bez tego nie ma efektów. Czasem wszystko się sypie: trzeba zostać dłużej w pracy, są korki albo kolejki w sklepie. Wtedy się spinam, ale mimo wszystko muszę zrobić trening, nawet jeśli padam na twarz. To bywa bardzo trudne, te wszystkie „lekcje do odrobienia”, niemniej nie odpuszcza.
Dla mnie przygotowanie do zawodów to już styl życia. Po startach w Pradze byłam tak zmęczona, że trenerka zaproponowała tydzień przerwy. Już po trzech dniach zaczęłam się nudzić i wróciłam na siłownię oraz do swojego kurczaka z ryżem.
Twój mąż jest dla Ciebie wsparciem czy już szykuje papiery rozwodowe?
Bywa różnie, bo gdyby mnie nie było w domu, to oni by tam wszyscy zginęli (śmiech). Przed startem jestem bardziej nerwowa, pobudzona, więc zdarzają się spięcia, ale mąż jest bardzo wyrozumiały i wie, że to tylko faza przejściowa. Dla mojego szczęścia jest gotów znieść te drobne niedogodności.
Co jest dla Ciebie największym wyzwaniem?
Brak czasu. Cały czas zastanawiam się, dlaczego doba ma tylko 24 godziny. Jest zdecydowanie za krótka. Kiedy jest się mamą, żoną i prowadzi się własną firmę, wszystko dopiąć na ostatni guzik to naprawdę wyzwanie.
Czy czujesz, że sama możesz być dziś inspiracją dla innych? Odzywają się do Ciebie dziewczyny zainteresowane tym sportem?
Tak, dostałam mnóstwo wiadomości. Mój własny syn powiedział mi, że jestem jego największą inspiracją, a to był strzał prosto w serce. Poza tym, w Strefie Ruchu, gdzie trenuję, podeszły do mnie dziewczyny z prośbą o zdjęcie. To było dla mnie totalne zaskoczenie bo nie przywykłam do takich sytuacji, ale właśnie one są mega motywujące. Dużo kobiet pyta mnie, jak znajduję na to wszystko czas i jak to robię, że tak wyglądam. Zawsze im powtarzam, że trzeba znaleźć choć godzinę dziennie tylko dla siebie. To trudne, ale możliwe.
Spotkałaś się z negatywnymi komentarzami na temat tego, co robisz?
Nigdy prosto w twarz, ale w sieci pojawiały się głosy, że wyglądam jak babochłop i że to mało kobiece zajęcie. Na zdjęciach rzeczywiście jesteśmy bardzo muskularne, ale to efekt odwodnienia przed zawodami. W rzeczywistości jesteśmy drobniutkie, niemal każda w rozmiarze XS. Poza tym, przez lata nauczyłam się, że nie da się zadowolić wszystkich. Do takich komentarzy podchodzę z dystansem.
Jakie są Twoje sportowe marzenia na przyszłość? Jak wyglądają plany na kolejne miesiące?
Każde moje marzenie konsultuję z trenerką. To ona w dużej mierze decyduje, gdzie i czy wystartuję. Oczywiście niczego mi nie zabroni, ale podpowie, co warto dopracować. Na razie trzymamy się kalendarza. Plan był taki, że po starcie na Helu przechodzimy na masę, ale ja już zaczęłam myśleć o Pucharze Polski w październiku... tylko, że to może oznaczać, że nie będę w pełni przygotowana na kolejny sezon. Musimy to przedyskutować. Na razie jestem pełna optymizmu i na pewno w dobrych rękach.
Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję!
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze