Pani Alicja od kilku tygodni do pracy dojeżdża rowerem. Miała dość stania w korkach i wydawania pieniędzy na benzynę. Codziennie przejeżdża dystans około 15 km, by dostać się z okolic Gaju na Bartoszowice.
Mimo usilnych starań miasta, sieć ścieżek rowerowych we Wrocławiu nadal pozostawia wiele do życzenia. Trzeba więc sobie radzić. Kawałek pokonać chodnikiem, kawałek przejechać obok pędzących szybko aut po czteropasmowych jezdniach.
To odwieczny dylemat każdego rowerzysty. Wjechać na ulicę z nadzieją, że kierowcy cię nie wytrąbią czy wjechać na chwilę na chodnik? – Chciałabym poruszać się zgodnie z przepisami wszędzie, ale czasem jest to po prostu niemożliwe – tłumaczy wrocławianka. Dylemat, swoim sposobem próbują rozwiązać wrocławscy policjanci, którzy co jakiś czas przeprowadzają małe obławy na łamiących prawo cyklistów. We wtorek pani Alicja została zatrzymana w okolicach placu Wróblewskiego, gdzie wjechała na chwilę na chodnik.
Wpadła, jak ponad dziesięciu innych rowerzystów. – Miałam nadzieję, że skończy się na upomnieniu. Dostałam jednak mandat 50 zł za jazdę po chodniku. Czy tak chcemy promować Wrocław jako miasto przyjazne rowerzystom? Czasami wydaje mi się, że chyba wszyscy woleliby, gdybyśmy udusili się w spalinowym smogu. Wtedy na pewno nie złamalibyśmy prawa! – mówi zrezygnowana.
To nie pierwsza taka akcja mundurowych. Kilka tygodni temu łapali rowerzystów jadących chodnikiem przy ul. Pułaskiego. – Gdyby to były miejsca, gdzie rzeczywiście na chodniku jest tłoczno i rowerzyści utrudnialiby pieszym życie, narażali ich na niebezpieczeństwo. Ale tu? Chodnik był całkowicie pusty! – tłumaczy.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze