Dobrze dla piłkarzy Śląska Wrocław zaczęła się wiosna w T-Mobile Ekstraklasie. Mistrzowie Polski walkę o obronę trofeum rozpoczęli od zwycięstwa nad Widzewem Łódź. Wrocławianie stoczyli z łódzką ekipą twardy bój, ale ostatecznie - po golach Marka Wasiluka i Waldemara Soboty - wygrali 2:1.
Mecz z Widzewem Łódź był dla wrocławskiego Śląska potyczką otwierającą rundę wiosenną T-Mobile Ekstraklasy. Tyle, że w sobotnie popołudnie aura była wybitnie zimowa. I niemal przez cały mecz piłkarzom towarzyszył padający mniej lub bardziej intensywnie śnieg. A że we Wrocławiu śnieżnie było przez kilka ostatnich dni, również murawa stadionu na Pilczycach była w stanie dalekim od optymalnego. Trener Śląska Stanislav Levy kilka dni przed tym spotkaniem nazwał nawet boisko dobrym do gry dla siatkarzy plażowych, ale nie dla piłkarzy. Bo murawa wyglądała tak, jakby odbyły się na niej pokazy sprzętu rolniczego. Ale mimo polowych warunków, mecz mógł się podobać.
Pierwszy cios w tym meczu zadali łodzianie. Za pierwszym razem Śląskowi dopisało szczęście, bo strzał Mariusza Stępińskiego odbił się od poprzeczki wrocławskiej bramki. Ale w 11. minucie Marian Kelemen musiał skapitulować. Wtedy świetnym, crossowym podaniem na lewe skrzydło popisał się Krzysztof Nowak. Piłka trafiła do Bartłomieja Pawłowskiego, który wpadł w pole karne Śląska i zrobił to, co do niego należało. Stracony gol mocno obciąża wrocławską obronę, która przy tej sytuacji myślami była... Nie wiadomo dokładnie, gdzie, ale na pewno nie tam, gdzie powinna. Nie popisał się zwłaszcza Tadeusz Socha, który za próbę krycia “na radar” został przez pomocnika Widzewa solidnie skarcony.
Wrocławianie szybko zabrali się za odrabianie strat. Śląsk przejął inicjatywę na boisku, dobrze rozgrywał akcje, na skrzydle bardzo aktywny był Waldemar Sobota, a w polu karnym obrońców Widzewa dobrze absorbował Cristian Diaz. To właśnie Argentyńczyk mocno przyczynił się do dającego Śląskowi remis gola. Naciskając bramkarza Widzewa Milosa Dragojevicia zmusił go do błędu, Chorwat wypuścił piłkę z rąk w polu karnym, a Diaz wywalczył róg. Po dośrodkowaniu, piłkę do bramki łodzian posłał Marek Wasiluk, grający swoje pierwsze minuty w Śląsku od czasu, gdy stery drużyny objął trener Levy. I wrocławianie szybko wrócili do gry. W kolejnych minutach Śląsk chciał pójść za ciosem. Dobre podania rozdawał Sebastian Mila, otwierając drogę do bramki rywala a to Diazowi, a to Piotrowi Ćwielongowi. Wrocławianom brakowało jednak zimnej krwi i za każdym razem łódzki bramkarz wychodził obronną ręką z opresji. Widzew mógł zaś ukąsić tuż przed przerwą. Po koszmarnym kiksie Wasiluka w polu karnym, piłkę swobodnie dośrodkował Łukasz Broź. I tak sprytnie podkręcił futbolówkę, że ta odbiła się od poprzeczki bramki Śląska.
Po pierwszej połowie murawa była w takim stanie, że trudno było rozegrać na niej bardziej finezyjną, składną akcję. Na tym grzęzawisku nieco lepiej radzili sobie wrocławianie, którym kilka razy udało się groźnie zaatakować. Tyle, że skuteczności brakowało. W 55. minucie dobrze wyprowadzoną przez Ćwielonga akcję popisowo... zepsuł Dalibor Stevanović, który nie trafił do pustej bramki z kilku metrów. Zwycięskiego gola wrocławianie strzelili dopiero w 80. minucie. Wtedy ładnym zgraniem piłki popisał się Łukasz Gikiewicz, przejął ją Sobota i bez problemów pokonał bramkarza Widzewa. Po kilku minutach łodzianie byli bardzo blisko wyrównania, ale szczęście tego wieczoru miało wrocławski Śląsk pod swoją opieką. W 83. minucie strzelał Sebastian Dudek, piłka po jego uderzeniu odbiła się od pleców Kelemena, potem od słupka, ale jakimś cudem nie zdołali do niej dopaść stojący tuż pod bramką widzewiacy i Wasiluk czym prędzej wybił ją poza boisko. To była ostatnia ładna nuta, zagrana tego popołudnia przez Widzew. Śląsk mógł zadać jeszcze decydujący cios, ale futbolówka zmierzająca do bramki po strzale Gikiewicza podskoczyła na nierównej murawie i wyszła poza boisko. Trochę szkoda, że wrocławski napastnik nie skończył meczu z Widzewem z bramką na koncie. Bo dał dobrą zmianę, wchodząc do gry za Cristiana Diaza. Umiejętnie się zastawiał, ożywił grę ofensywną Śląska, zaliczył też asystę przy zwycięskim golu Soboty. A Sylwester Patejuk tuż po wejściu na boisko dostał znakomite podanie od Sebastiana Mili i chyba nie bardzo wiedział, co z nią zrobić, bo będąc w sytuacji sam na sam z Dragojeviciem, strzelił prosto w ręce łódzkiego bramkarza. I po ciężkim boju w trudnych warunkach i z wymagającym rywalem, to Śląsk schodził z boiska z trzema punktami.
Śląsk Wrocław - Widzew Łódź 2:1 (1:1)
Bramki: Wasiluk (16.), Sobota (80.) - Pawłowski (11.).
Śląsk Wrocław:Kelemen - Socha, Kowalczyk, Wasiluk, Spahić - Sobota, Stevanović (83. Elsner), Kaźmierczak, Mila, Ćwielong (90. Patejuk) - Diaz (69. Ł. Gikiewicz).
Widzew Łódź: Dragojević - Broź, Abbes, Phibel, Gavrić (46. Kaczmarek) - Bruno (73. Ben Dhifallah), Bartosiewicz, Nowak (63.Rybicki), Pawłowski, Dudek, Bruno - Stępiński.
Żółte kartki: Stevanović, Spahić - Dragojević.
Sędzia: Marcin Borski (Warszawa)
Widzów: ok. 15 tys.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze