Dziewiętnaście kolejek, czyli nieco ponad połowa sezonu za nami. Nastał czas przerwy zimowej, a co za tym idzie pierwszych podsumowań. Za piłkarskim Śląskiem ekstraklasowa jesień, która zaczęła się naprawdę bardzo solidnie, ale zamiast ewoluować w coś jeszcze piękniejszego, wyglądała coraz gorzej z tygodnia na tydzień. Dlaczego ostatnie miesiące okazały się rozczarowaniem? Kto zawiódł, kto spełnił oczekiwania, a kto je przekroczył? Nad czym zespół musi zimą szczególnie popracować? Czas na analizę rundy jesiennej sezonu 2021/22 w wykonaniu WKS-u.
Tak jak w słynnej baśni Hansa Christiana Andersena brzydkie kaczątko z czasem zmieniło się w pięknego łabędzia, tak jeśli chodzi o postawę piłkarskiego Śląska Wrocław jesienią sezonu 2021/22, było dokładnie na odwrót. Czy grali z początku sezonu na tyle dobrze, żby ich nazywać pięknym łabędziem? Może nie aż tak, aczkolwiek prezenotwali się co najmniej bardzo solidnie. Później zaczęły pojawiać się kłopoty, a z czasem szło już tylko coraz gorzej i gorzej. Całe dotychczasowe zmagania ligowe wrocławian podzielić można na trzy etapy. Każdy z nich kończy się niestety bolesną porażką. Jakie?
a) Od startu sezonu do przegranej w Beer Szewie – Śląsk jak na zespół, który do europejskich pucharów dostał się w sposób absurdalny (remis w ostatniej kolejce ze Stalą Mielec + ogólnie tylko 4 zwycięstwa wiosną 2020/21) i na dodatek zupełnie niespodziewanie, przygodę z pucharami miał stosunkowo niezłą. Przynajmniej jak na standardy polskich klubów. Wrocławianie nie bali się ofensywnej gry, odprawili ze spokojem estońskie Paide Linnameeskond, a potem po szalonym dwumeczu ormiański Ararat Erywań. Przeszli dwie rundy w niezłym stylu, po czym jeszcze wygrali pierwszy mecz z Hapoelem Beer Szewa. W tym samym czasie ligę rozpoczęli akceptowalnie. Wywieźli 3 pkt z trudnego terenu w Krakowie, zremisowali z niebezpieczną Lechią Gdańsk i tylko remisu w Wartą Poznań można było mocno żałować.
b) Od przegranej w Beer Szewie do porażki w Poznaniu – niestety wówczas przyszła straszna klęska 0:4 w rewanżu z Hapoelem. Na dodatek po wielu fatalnych błędach w defensywie. Śląsk odpadł z Europy, zaś po tamtym starciu w lidze rozegrał 2 porażająco nudne mecze (remisy z Piastem i Górnikiem Ł.), odchodząc od swojego ofensywnego stylu gry, na rzecz większego bezpieczeństwa z tyłu. Po nich jednak znów zza chmur wyszło słońce. Aż 10 pkt w 4 kolejnych spotkaniach, wygrane w świetnym stylu derby Dolnego Śląska (3:1), pokonana na własnym stadionie Legia (wtedy jeszcze można to było uznać za osiągnięcie, bo takiej degrengolady warszawian się wówczas nie spodziewano). Ogólnie demony z Izraela zdawały się przegonione, a Śląsk po 9 kolejkach nadal był Ekstraklasie niepokonany.
c) Od przegranej w Poznaniu, aż po koniec rundy – wtedy jednak przyszła tak naprawdę kopia starcia z Hapoelem. WKS mógł w Poznaniu zostać liderem tabeli, a został zmasakrowany. Znów pojawiły się koszmarne błędy w defensywie. Lech wygrał 4:0, a mógł i 8:0. Taka porażka znów uderzyła w morale. Dwa mecze później Śląsk co prawda sam wygrał 5:0 z Wisłą Kraków, ale o ile do tego momentu ich forma jeszcze była na granicy kryzysu, tak przegrana 3:4 w Niecieczy z Bruk-Betem Termaliką zepchnęła ich w otchłań do reszty. Po tamtej porażce WKS już nie był tą ofensywnie grającą, podobającą się oku ekipą. Wrocławianie zatracili swój styl, przegrali w kiepskim stylu w Szczecinie (1:2), potem jeszcze wyrwali wygraną Stali Mielec, ale już 3 ostatnie spotkania przed zimą to koszmar i 0 pkt w grudniu. Ogólnie jeśli chodzi o ligę, to do meczu z Lechem Śląsk zdobył 17 pkt w 9 spotkaniach. Po nim już tylko 7 pkt w 10 meczach. Przepaść.
Jak zatem widać na początku sezonu WKS miał swój styl. Owszem tracili sporo goli, ale potrafili nadrobić ofensywą. Gdy kibic bez swojej drużyny w ESA zastanawiał się jaki mecz w weekend obejrzeć, mógł włączyć Śląsk i mieć uzasadnione nadzieje, że emocji nie zabraknie. Przegrana w Poznaniu mocno wyhamowała tą drużynę. Porażka w Niecieczy do reszty zatrzymała. Kto zaś stoi, ten się cofa. Zwłaszcza że akurat w tym sezonie ESA, miał ich kto wyprzedzić. Lech Poznań, Pogoń Szczecin i Raków Częstochowa w tym sezonie są ponad konkurencją i prawdopodobnie to te drużyny rozdzielą miedzy siebie medale. Przynajmniej na tą chwilę na to się zanosi. Sensacyjnie dobre wyniki notują Radomiak Radom (czwarty w tabeli!) oraz Stal Mielec, która miała być murowanym kandydatem do spadku, a tymczasem jest w górnej połowie tabeli. Do tego bardzo solidna Lechia, zaskakująco mocny Górnik Zabrze, czy masakrująca wszystkich na własnym stadionie Wisła Płock. Inni poszli do przodu, WKS stanął w miejscu i w efekcie się cofnął.
Panie, z czym do ludzi z taką obroną?
Najstabilniejszą jeśli chodzi o poziom gry formacją Śląska w tym sezonie była defensywa. Problem w tym, że w tutaj takie stwierdzenie nie ma nic wspólnego z komplementem. WKS mocno przeciekał w tyłach od samego początku. Już Ararat Erywań im w dwumeczu wbił 5 goli. Potem wrocławianie tracili 4 gole z Hapoelem Beer Szewa, Lechem Poznań, Termaliką Nieciecza (!). Ogólnie od początku sezonu na 0 z tyłu zagrali tylko 4 razy w 26 spotkaniach. Straszna statystyka. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że drużynami które nie potrafiły im nic strzelić, były: estońskie Paide, Górnik Łęczna który wówczas na Stadionie Wrocław nawet nie próbował grać w piłkę, beznadziejna w tym sezonie Legia oraz ogólnie słaba Wisła Kraków.
Żaden z defensorów Śląska nie był jednak z stabilnej, wysokiej formie. Mark Tamas we wrześniu doznał kontuzji. Próbowano ją leczyć zachowawczo, stracił przez to 3 miesiące, a to wszystko tylko po to, żeby uznać że jednak operacja jest konieczna, co kosztuje go kolejne przynajmniej 2 miesiące. Diogo Verdasca, ten który najczęściej zastępował Węgra jako pół-lewego stopera, na początku potrzebował czasu na dojście do formy i grał dramatycznie słabo. Zaś jak już do nie doszedł to prezentował się… wciąż słabo. Elektryczny, mało zwrotny, w powietrzu nieszczególny. Ogólnie Portugalczyk wydaje się piłkarzem, który nawet w swojej najlepszej formie, na warunki Ekstraklasy będzie max. średniakiem. Dla Śląska najlepiej byłoby odesłać go tam skąd przyszedł, bo nie wydaje się by było na co czekać.
Większość osób za najgorszego obrońcę WKS-u uzna zapewne Szymona Lewkota. Niebezpodstawnie. Koszmarna runda za 22-latkiem. Zwłaszcza końcówka, gdzie poważna błędy zdarzały mu się regularnie. Jacek Magiera uparcie na niego stawiał, dawał mu kolejne szanse, ale to wyglądało trochę jakby chciał zapalić ogień pod wodą. Próbować można, ale to się po prostu nie uda. Z Lewkotem się nie udawało. Raz, drugi, trzeci. Trener nie ustawał w próbach, lecz w pewnym momencie bardziej robił tym piłkarzowi krzywdę. Szymon obrońcą nie jest. To pomocnik. Defensywny, ale pomocnik. Widać było po nim narastającą frustrację, zaś w ostatnich spotkaniach sprawiał wrażenie kompletnie rozbitego. Wypranego z pewności siebie. Zimą potrzeba mu spokoju. Złapania drugiego oddechu, zaś na wiosnę powinien posiedzieć nieco na ławce, bo zbyt szybkie wystawianie go znowu, to ogromne ryzyko.
Niemniej osobiście na równi z Lewkotem postawiłbym Wojciecha Gollę. Nie popełniał aż tylu oczywistych błędów (choć swoje za uszami ma i to niemało), ale od takiego zawodnika dużo więcej się wymaga. Jeśli lider twojej obrony gra na tak niskim poziomie, to nie spodziewaj się że całość będzie wiele lepsza. Nie była. Zaś Golla na początku sezonu grał co najwyżej poprawnie, z czasem stawał się coraz bardziej niepewny, a pod koniec zdarzały mu się mecze jak z Górnikiem Zabrze, że jak bączkiem kręcił nim gość pokroju Roberta Dadoka.
Najstabilniejszy w defensywie wrocławian był Łukasz Bejger. Przy czym tutaj „najstabilniejszy” oznacza „popsuł najmniej”. Jeżeli ktokolwiek w obronie Śląska zaliczał kiedykolwiek solidne występy, to najczęściej był to on. Bejger to bez wątpienia ciekawy defensor. Jak na tak młodego piłkarza popełnia stosunkowo niewiele błędów, dobrze wyprowadza piłkę, jest dość szybki. Fajnie pokazywał się też w kadrze do lat 21. Poważny kandydat do bycia następnym graczem, którego ze Śląska ktoś wyciągnie za miliony euro (po Exposito oraz Praszeliku).
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. „Dziady”? Nie tym razem. To… środek pola Śląska
Najłatwiej krytykować obronę WKS-u, bo jej błędy było widać jak na dłoni. Zaś środek pola wrocławian już tak bardzo widocznie słaby nie był. Niestety głównie dlatego, że w wielu meczach za bardzo go w ogóle nie było. Druga linia Śląska strefą większościowo martwą była już za Vitezslava Lavicki i Jacek Magiera tego nie naprawił. Ba! Może jest jeszcze gorzej.
Hiszpański torreador
Dochodzimy do pozycji napastnika. Tu zaś jest największy pozytyw całej rundy jesiennej w tym zespole. Erik Exposito. Najlepszy strzelec zespołu w lidze (9 goli), postać absolutnie kluczowa w ofensywie. Hiszpan u Jacka Magiery ustabilizował wreszcie formę na wysokim poziomie. Regularnie pokazywał to, co wcześniej dawał raz na kilka spotkań. Hiszpan ma siłę, technikę, potrafi świetnie uderzyć zza szesnastki, zdobywać bardzo ważne gole, a zwłaszcza w derbach z Zagłębiem. Trudno sobie wyobrazić grę Śląska bez niego.
Problem w tym, że niedługo nie trzeba sobie będzie wyobrażać. To na jakieś 90% albo i więcej była ostatnia runda Erika w Ekstraklasie. Zainteresowanie z Włoch oraz Hiszpanii nie jest żadną tajemnicą, a sam zawodnik czuje ochotę postawienia kolejnego kroku w karierze i trudno mu się dziwić. Już latem był jedną nogą poza Wrocławiem, ale sprawa wysypała się w ostatniej chwili. Śląsk nie ma zamiaru wysłuchać ofert poniżej 2 mln euro, niewykluczone że dostanie więcej. Nie trzeba jednak mówić jak trudno go będzie zastąpić. Caye Quintana póki co zawodził okrutnie. Jacek Magiera zresztą nie traktuje go jako napastnika. Bardziej jako fałszywą dziewiątkę. Śląsk może odwołać z wypożyczenia Fabiana Piaseckiego. Tyle że z niewolnika nie ma pracownika. Piaseckiemu dobrze w Stali Mielec, sam tego nie ukrywa. W Śląsku zaś nie był doceniany. Nie miał szans z Exposito, dlatego odszedł. Poza tym Piasecki to dobry napastnik, ale od Hiszpana dużo gorszy piłkarz. Pozostaje zatem szukanie w innych zespołach. To zaś jest zimą bardzo trudne przy ograniczonym budżecie.
Najtrudniej sprząta się po sobie
Na koniec Jacek Magiera. Ta runda była pierwszą dla WKS-u po okresie przygotowawczym pod jego wodzą. Efekt na koniec rundy z pewnością rozczarowuje, bo Śląsk to nie jest zespół na podium, ale też na pewno nie na 10. miejsce. Magiera potrafił w drużynie wprowadzić ofensywny styl gry. Sprawić by ten zespół oglądało się przyjemnie. Nie dał rady go jednak utrzymać, gdy pojawiły się niepowodzenia. To największy zarzut w jego stronę. Nie miał planu B, gdy A przestał funkcjonować. Do tego kwestia defensywy. Nie jest winą trenera, gdy np. Wojciech Golla oddaje piłkę wprost pod nogi Krzysztofa Kubicy, z czego robi się gol dla Górnika. Ale trener nie potrafił znaleźć sposobu na poprawienie gry obronnej, plus bardzo kombinował. Rzadko zdarzało się, by WKS więcej niż w 2 meczach z rzędu wychodził tą samą trójką z tyłu, a na środku obrony stabilizacja jest bardzo ważna. Nawet kosztem kilku błędów, ale to byłaby inwestycja w większe zgranie w przyszłości.
Do tego upartość przy kilku kiepskich decyzjach. Wpychanie fatalnego Lewkota do składu na nie jego pozycję, Bartłomiej Pawłowski na wahadle nawet gdy do zespołu dołączył Jakub Iskra, zmiana bramkarza na zawodzącego Putnockiego. Zrobiło to trochę bałaganu, ale Magiera zasłużył by to posprzątać. Sprzątanie po sobie jest znacznie trudniejsze niż po kimś. Zwalnianie go teraz byłoby szaleństwem, jeśli klub chce wypracować tożsamość.
Oceny za jesień 2021/22 (skala 1-6):
Bramkarze:
Obrońcy (min. 450 rozegranych minut):
Pomocnicy (min. 450 rozegranych minut, z jednym wyjątkiem)
Napastnicy:
Trener:
Jacek Magiera – 3+
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze