Niezależnie od tego kto ile biegów pojechał, ile punktów przywiózł, co robił by ten sukces był możliwy, każdy z nich na złoto wpisał się w historię wrocławskiego żużla. Żużlowcy, mechanicy, trenerzy, właściciele. Wszyscy oni przyłożyli rękę do tego, że 15 lat oczekiwania dotarło do szczęśliwego końca. Fantastyczny sezon Betard Sparty Wrocław dobiegł końca, a teraz nadszedł czas podsumowań. Oceniamy zatem żużlowców Spartan za ich pracę na przestrzeni ostatnich miesięcy.
Nikt nie powinien mieć żadnych wątpliwości co do tego, który zespół był w minionym sezonie najmocniejszy. Spartanie byli niepokonani u siebie, bili rekordy zwycięstw, pokonywali wszelkie utrudnienia. To oni wygrali 12 spotkań w fazie zasadniczej, a łącznie 15 w całym sezonie. To oni ani razu nie dali rywalom zdobyć na Stadionie Olimpijskim więcej niż 43 pkt. To oni zafundowali Falubazowi Zielona Góra najwyższą porażkę w ich historii i to na ich własnym torze, niszcząc zielonogórzan 63:27. To oni mieli w całej lidze zdecydowanie największą liczbę wyprzedzeń na dystansie i choć starty nie zawsze były mocną stroną wrocławian, to znakomitą prędkością niwelowali wszelkie straty. Poza tym Sparta miała:
Przeciwko takiej sile naprawdę nie sposób się przeciwstawić. Gdyby jeszcze wrocławianie mieli do tego dobrych juniorów, to cały sezon byłby absolutną grą do tylko i wyłącznie jednej bramki. Może więc nawet lepiej że nie mieli, bo przynajmniej było więcej emocji. Na jaką zatem notę zapracowali poszczególni zawodnicy złotej Betard Sparty Wrocław?
(Oceny w skali szkolnej 1-6)
Maciej Janowski – kapitan, lider, demon prędkości
„Magic” był w tym sezonie naprawdę magiczny. Jedyny kłopot jaki miał przez cały sezon Janowski to starty. Maciej często kiepsko wychodził spod taśmy, ale tak naprawdę to tylko dlatego jego biegi miały często jakiekolwiek emocje. Zostawał na starcie, ale potem był tak piekielnie szybki i skuteczny w wyprzedzaniu, że szczęki oglądających jego wyczyny uderzały o podłogę z hukiem. Janowski przez cały sezon tylko 2 razy (!) przyjeżdżał w biegu jako ostatni, a łącznie zaledwie 10 razy trzeci lub czwarty. Miał też zaledwie 1 defekt i żadnego upadku (!), co przy tak widowiskowym stylu jazdy jak jego, jest niezwykłe. Nie został też ani razu wykluczony.
Janowski wliczając bonusy, tylko w jednym meczu nie przywiózł dwucyfrówki i to w takim, w którym było to niemożliwe. Mecz ze Stalą Gorzów w Gorzowie w fazie zasadniczej przerwano po 12 biegach, a „Magic” zdołał w nim pojechać tylko 3 razy. Wszystko to złożyło się na kosmiczną średnią biegową 2,582. To wynik o prawie 0,4 lepszy od dotychczasowego najlepszego wyniku Janowskiego w karierze. Kapitan Betard Sparty jechał w tym sezonie jak profesor, z rakietą pod sobą, a nie motorem. Wybitny sezon, zasługujący na najwyższą możliwą notę.
Ocena: 6
Artiom Łaguta – rosyjski lew wyzwolony
Rosjanin przez ostatnie 6 lat wykręcał fantastyczne średnie powyżej 2 pkt na bieg, będąc gwiazdą ligi w barwach przeciętnego GKM-u Grudziądz. Jednak drużyna ta nigdy nie miała zespołu na tyle mocnego, by wykorzystać co dawał Artiom i choćby raz pojechać z nim w play-off. Zatem chęć walki o medale kumulowała się w młodszym z braci Łaguta od lat, aż w końcu powiedział „dość” i przeniósł się do WTS-u. Tutaj najpierw w fazie zasadniczej szalał jak zawsze, a potem w play-off uwolnił całą energię. Co prawda to właśnie w finale z Motorem w Lublinie przydarzył mu się najsłabszy występ w sezonie, ale to tylko drobna rysa na majestatycznym wizerunku Rosjanina w minionej kampanii.
Łaguta był dokładnie tym czym miał być. Brakującym ogniwem w mistrzowskiej układance Betard Sparty. Dokładnie tym czego Spartanie potrzebowali, by przerwać 15-letnią posuchę. Tylko 3 razy zdarzyło mu się nie przywieźć dwucyfrówki, przy czym jedynie raz miało to znaczenie dla ostatecznego wyniku (w pierwszym finale w Lublinie, gdzie Sparta zremisowała 45:45). Poza tym Artiom wykręcił trzecią najlepszą w karierze średnią 2,360, która jest zarazem trzecią najlepszą w całej lidze. Jego biegi z reguły nie miały aż tylu emocji co Janowskiego, ale to dlatego, że Łaguta był jednym z najlepszych startowców w PGE Ekstralidze, a potem jego szybkość była tak ogromna, że mało kto był mu w stanie zagrozić.
Wszystko na dodatek skwitował pierwszym w karierze tytułem mistrza świata, stając się jednocześnie pierwszym Rosjaninem który tego dokonał. Genialne zakończenie sezonu, genialnego w nim Łaguty
Ocena: 6
Tai Woffinden – specjalista od punktów ważnych
Trzecie ostrze w zabójczym trójzębie Betard Sparty. Dla „Tajskiego” sezon zaczął się fatalnie, bo upadek na twardym jak beton torze w Grudziądzu złamał mu łopatkę i wyeliminował z aż trzech spotkań. Zresztą dwa jedyne przegrane przez Spartę spotkania w tym sezonie to właśnie pod jego nieobecność (to feralne w Grudziądzu i bezpośrednio po nim w Lublinie). Po powrocie do zdrowia potrzebował czasu by się rozkręcić, wszakże 3 tygodnie bez trenowania i jazdy meczowej nawet na 3-krotnym mistrzu świata muszą pozostawić ślad. Przy czym w jego przypadku „rozkręcanie się” to i tak regularne przywożenie co najmniej 7-9 pkt.
Tai nie punktował w tym sezonie z takim rozmachem co Łaguta i Janowski, ale biorąc pod uwagę do kogo porównujemy, nie ma w tym ani krzty krytyki. W końcu i tak miał średnią ponad 2 pkt na bieg (2,085). Poza tym Woffinden bardzo często przywoził kluczowe punkty w trudnych biegach, gdzie musiał walczyć z silnymi rywalami. Zresztą kto ogląda regularnie Spartę ten wie, że Tai jeździ bardzo drużynowo. Nieraz zdarzało się, że gdy przed nim znalazł się kolega z drużyny, szczególnie Dan Bewley czy Gleb Czugunow, Brytyjczyk wolał swoim doświadczeniem zabezpieczać tyły, niż za wszelką cenę dążyć do trójki. Dlatego też liczba jego punktów, mimo iż mniejsza od Janowskiego oraz Łaguty, waży tyle samo. Choć warto też zauważyć, że zdarzały mu się biegi czy mecze, w których mimo całej „brudnej roboty” jaką robił, mógł wyciągnąć nieco więcej.
Niemniej dołożył ogromną cegłę do swojego pierwszego Drużynowego Mistrzostwa Polski w karierze. Widać że czekał na nie bardziej niż na cokolwiek innego, bo po biegu który zapewnił Sparcie tytuł, zalał się łzami szczęścia. Zasłużenie panie Woffinden. W pełni zasłużenie.
Ocena: 5+
Daniel Bewley – warto było szaleć tak
Po sezonie 2020 wiele osób mogło się zastanawiać co tu zrobić z tym Bewleyem. Bo z jednej strony talent ma niepodważalny, ale z drugiej tamta kampania była dla niego porażką. Takich wątpliwości nie mieli jednak działacze i trenerzy Sparty. Młody Brytyjczyk dostał wszelkie wsparcie od klubu. Mechanicy wsparli go sprzętowo, zawodnicy, przede wszystkim rodak Tai Woffinden, dawali mu mnóstwo wskazówek, podobnie jak ściągnięty do Wrocławia w roli wsparcia dla zespołu Greg Hancock. Dostał jednak przede wszystkim szansę oraz czas na rozwój. Po sezonie można stwierdzić, że całej inwestycji w Bewleya, we Wrocławiu nie żałuje nikt.
Bewley zaliczył duży progres pod absolutnie każdym kątem. W 2021 roku zanotował średnią biegową 1,741 (ponad 0,5 pkt więcej niż rok wcześniej), wygrał 18 biegów (4 rok wcześniej), przywiózł przeszło 130 pkt w 85 startach (27 pkt w 25 startach w 2020), 12 razy pojechał w wyścigach nominowanych (tylko raz rok wcześniej), zdobywał pierwsze w karierze dwucyfrówki w PGE Ekstralidze. Jedyne czego może tak naprawdę żałować to… spadku Falubazu Zielona Góra. Bo gdzie jak gdzie, ale tam to on umie jeździć jak nikt.
Brytyjczyk wraz z Glebem Czugunowem tworzyli „drugą linię” Sparty. To oni dawali często te punkty, które przechylały szalę zwycięstwa na stronę wrocławian. Dan ze swojej roli wywiązał się świetnie. Owszem zdarzały mu się wpadki, jak choćby tylko 2 pkt w pierwszym półfinale z Unią Leszno, ale to już w każdym sporcie jest prawo młodości. Poza tym w drugim półfinale oraz w obu finałach pojechał już znakomicie i można uznać go za cichego bohatera tych dwumeczów. Tak czy inaczej, myślę że wielu którzy mieli po poprzednim sezonie wątpliwości co do jego potencjału w PGE Ekstralidze, po tym zmieniło zdanie. Zwłaszcza że to zawodnik bardzo podatny na bycie ulubieńcem kibiców, z uwagi na bardzo odważny, czasem wręcz szalony, styl jazdy.
Oczywiście przed Bewleyem wielkie wyzwania. Teraz będzie się od niego dużo więcej oczekiwać. Nie kolejnego skoku o 0,5 pkt w średniej do przodu, bo jednak przejście z 1,2 na 1,7 to mimo wszystko dużo mniejsza para kaloszy niż z 1,7 na 2,2. Ale jeśli Danielowi uda się przynajmniej utrzymać poziom, a nawet zakręcić się w przyszłym sezonie w granicach średniej 1,85-1,90, to będzie znakomicie.
Ocena: 4+
Gleb Czugunow – stabilizacja celem na przyszłość
Drugi człon wrocławskiej „drugiej linii”. Gleb punktował na podobnym poziomie do swego rówieśnika Bewleya, ale w nieco inny sposób. On miał więcej spotkań na absolutnie topowym poziomie, czyli więcej dwucyfrówek i to z mocnymi rywalami. Potrafił zdobyć 15 pkt ze Stalą Gorzów, 12 w Częstochowie, czy dwa razy robić dwucyfrówkę w Lublinie (co się naprawdę niewielu udaje). Ale Glebowi częściej od Brytyjczyka zdarzały się niespodziewanie słabsze występy. Jak choćby w finale, gdy po świetnej jeździe i 11 pkt w Lublinie, nagle we Wrocławiu wyglądał o wiele gorzej, zdobywając tylko 4 oczka.
Tak więc kluczem do dalszego rozwoju Czugunowa jest na pewno odnalezienie stabilizacji. Gdy ma swój dzień, potrafi jeździć nawet równi z Łagutą czy Woffindenem. Kwestią jest to, żeby takich „swoich dni” miał po prostu więcej. Pod kątem statystycznym Gleb wypadł w porównaniu do poprzedniego sezonu bardzo podobnie, choć w niektórych statystykach nawet słabiej. Choćby aż 32 razy przyjeżdżał jako trzeci (najwięcej w lidze). Średnią biegową miał nieco gorszą (1,698 w tym, a 1,765 w zeszłym roku).
Jednak w tym wszystkim należy pamiętać, że dla Czugunow w zeszłym roku jeździł jako junior, gdy dostał polskie obywatelstwo, także tu akurat statystyki nie są najlepszym wyznacznikiem. Chyba że porównać z sezonem 2019, gdy jeszcze jako Rosjanin jeździł jak obecnie w gronie seniorów. Względem tamtego roku mamy spory progres, bo o ponad 0,3 pkt na bieg do przodu. Podobnie jak Bewley, ma on jeszcze spore pole do poprawy. Jeśli obaj zrobią progres w przyszłym roku, to ja życzę powodzenia tym którzy Spartę z taką mocą rażenia będą chcieli zatrzymać.
Ocena: 4
Michał Curzytek – pierwsze piórka rosną, ale dziób jeszcze żółty
Starszy z braci Curzytków ma za sobą swój pierwszy sezon jako etatowy junior w PGE Ekstralidze. No cóż, formacja juniorska nie bez przyczyny była piętą Achillesa Sparty w tym sezonie. Curzytek twardo zderzył się z ligową rzeczywistością, bo choćby aż 29 razy przyjeżdżał ostatni (najwięcej w lidze). Biegi w których walczył z seniorami czy mocniejszymi juniorami innych drużyn zdarzały się, ale sporadycznie. Gorszą średnią biegową od niego miało tylko 3 zawodników (0,818). Ale rzadko zdarza się by żużlowiec w swoim pierwszym pełnym juniorskim sezonie radził sobie od razu bardzo dobrze. Choćby najlepszy młodzieżowiec minionej kampanii, Jakub Miśkowiak z Włókniarza (1,965), zaczynał od niewiele lepszej średniej na poziomie 0,902.
Biorąc więc to pod uwagę, wiek Michała (19 lat) i potencjał który na pewno ma, nie zamierzam stawiać mu najniższej noty. Przyszły sezon powie o nim dużo więcej niż ten. Jeśli poczyni dobry progres, będzie można ze spokojem patrzeć w przyszłość. Jeśli nie, wtedy we Wrocławiu trzeba się będzie zastanowić co dalej.
Ocena: 2
Przemysław Liszka – koniec przygody
Ten sezon, choć zakończony dla zespołu tak pięknie, dla Liszki był niestety potwierdzeniem, że rozwój tego zawodnika nigdy nie poszedł w oczekiwaną stronę. Nie było aż tak fatalnie jak rok wcześniej, gdy często brakowało go nawet w składzie, ale chyba tylko dlatego że nie miał go kto wygryźć. Słaba średnia biegowa (1,116), tylko 12 razy nie przyjeżdżał ostatni lub przedostatni, jeśli zdobywał więcej niż 4 pkt w meczu, to tylko z zespołami o podobnie słabej lub jeszcze słabszej formacji juniorskiej (GKM Grudziądz, Falubaz Zielona Góra, Unia Leszno). Przeciwko juniorom Włókniarza Częstochowa czy Motoru Lublin kończyło się nieraz na jednym punkcie „z urzędu” zdobytym najczęściej na Michale Curzytku.
Zdarzało mu się raz na ruski rok przywieźć kogoś mocniejszego, jak choćby w rewanżu w finale z Motorem, gdy zdobył bardzo ważny punkt na Mateuszu Cierniaku. Ale zdecydowanie za rzadko jak na zawodnika, który jechał swój ostatni juniorski sezon. Nie ma wątpliwości, że wychowanek Betard Sparty z tego powodu pożegna się z klubem po tym sezonie. Mógłby zostać ewentualnie jako rezerwowy dla seniorów, gdyby zdarzyło się coś któremuś z zawodników. Ale realnie oceniając, Sparcie w przypadku ew. urazu Woffindena czy Janowskiego, i tak lepiej będzie stosować ZZ-kę niż korzystać z Liszki. Musi odejść jeśli nie chce marnować czasu. Czy zostanie w PGE Ekstralidze? Bardzo wątpliwe. Raczej nawet beniaminek nie zechce go jako zawodnika u24. Powinien spokojnie zejść do I Ligi i tam próbować odbudować karierę.
Ocena: 1+
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze