W najnowszym filmie Stevena Spielberga na ekranie spotkała się dwójka znakomitych aktorów – Meryl Streep i Tom Hanks. Obaj zasługują na lepsze filmy i ciekawsze postaci. Jak na tej klasy reżysera „Czwarta władza” to spore rozczarowanie.
Bohaterami filmu są wydawcy „The Washington Post” Katherine Graham (Meryl Streep) i Ben Bradlee (Tom Hanks), którzy nieoczekiwanie stają na czele bezprecedensowego starcia amerykańskiej prasy z najwyższymi władzami, walcząc o prawo do ujawnienia szokujących tajemnic, przez cztery dekady ukrywanych przez najwyższe władze USA.
To bardzo ciekawa historia, tym bardziej więc szkoda, że wyszedł z tego nudnawy i poprawny film, który równie dobrze mógłby wyreżyserować inny filmowiec. W trakcie seansu nie poczułem magii filmów Stevena Spielberga, a ani Meryl Streep ani Tom Hanks nie porwali mnie tak, jak tego oczekiwałem. Pierwsza z nich ma swoje momenty, w których ratuje trochę ten film. Rola Hanksa jest natomiast raptem poprawna.
Największy problem z tym filmem polega jednak na tym, że strasznie się dłuży i można się na nim wynudzić. Spielberg przyśpieszył co prawda tempo „Czwartej władzy” pod sam koniec, ale niewiele to pomogło.
Szkoda, bo to ważny i wciąż aktualny temat, a dwójkę tak wspaniałych aktorów można było zdecydowanie lepiej wykorzystać.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze