Reklama

Wrocławski Taksówkarz: wojną między rowerzystami i kierowcami trwa

22/06/2018 13:39

W kolejnym odcinku subiektywnych opowieści z taksówki o trudnych relacjach kierowców, rowerzystów i pieszych. Te trzy grupy codziennie ścierają się na ulicach Wrocławia i walczą o dominację, a walka ta jest nierówna i czasami ma tragiczny finał.

Nasze miasto poprzez swoje władze stawiaja obecnie na rozwój komunikacji rowerowej. Przecież dużo taniej jest przystosować Grabiszyńską do takiego ruchu niż wykonać jej remont na odcinku gdzie jeszcze leży kostka z heimatu. Rozwijanie ścieżek, a właściwie całych rozwiązań dla rowerzystów jest „git”, bo po pierwsze promuje zdrową tężyznę fizyczną, a po drugie przygotowuje nas na nieprzyjemne decyzje, które zapewne w niedługim czasie dotkną użytkowników np. starych diesli czy osoby pragnące swoim samochodem wjechać do centrum.


Jeżeli armia rowerzystów powiększa się z roku na rok, to może nie dojdzie do klinczu komunikacyjnego, gdy codziennie rano możemy stawać przed decyzją jak dojechać dzisiaj do pracy. Skutkiem rozwoju arterii rowerowych jest to, że piesi nie są już królami chodników. Muszą dzielić tę przestrzeń z rowerzystami na spółkę. Chodniki się kurczą.

Reklama

Z moich obserwacji wynika, że wśród rowerzystów wyróżniają się faceci na dobrych rowerach w markowych ciuchach. To oni rządzą na ścieżce. Biada pieszemu, który wejdzie im w drogę. Groźne spojrzenie to taka żółta kartka posłana w stronę intruza. No więc suną tacy wyścigowcy z prędkością, która sama za siebie mówi, to nasza ziemia, dostaliśmy ją w dzierżawę, wara od niej postronnym. Niestety taka jazda może się czasami zakończyć na SORze. Wiozłem kiedyś do szpitala dwóch młodych facetów, którzy sami bez bicia przyznali się do nadmiernej prędkości. Na pogotowiu znaleźli się za sprawą psa, który bezczelnie wlazł im na ich ścieżkę. Pies jak to pies nie zna przepisów ruchu drogowego to trudno go tu winić. Panowie wywalili się jeden na drugiego, robiąc sobie duże „kuku” i „ziazia”, kwalifikujące się do rentgena i opatrzenia.


Wychodzi na to, że piesi we Wrocławiu ostatnio łatwo nie mają. Muszą uważać już nie tylko na przejściach dla pieszych, ale wszędzie w pobliżu ścieżek rowerowych. Jako rowerzysta średniej daty nie mogę skumać, po co oni tak zapierniczają na tych swoich welocypedach, po ścieżkach gdzie co 100 metrów są przecznice? Wracając do rowerzystów z SORu, to jeden wymienił w taryfie wszystkie urazy, jakich doznał, było ich całkiem sporo.

Reklama

Inaczej ma się sprawa, kiedy rowerzysta wchodzi w konflikt drogowy z pojazdem samochodowym. Wtedy jego szanse drastycznie maleją. Smutnym finałem takiego spotkania była niedawna śmierć rowerzystki na ulicy Sanockiej. Myślę, że tak jak ja wielu zawodowych kierowców oglądało to miejsce, gdzie obecnie stoi rozdzierający w swojej wymowie biały rower otoczony zniczami.


Nie będziemy analizowali tego przypadku kto winien a kto nie. Może kierowca pochodzi z małego miasta, gdzie nie ma jeszcze tak rozwiniętej kultury rowerowej i normalnie rowerzyści jeżdżą tam tylko składakiem do sklepu? Nie spojrzał w prawo, bo nie miał takiego nawyku. Gdybanie takie mi się włącza w głowie. Zawodowcy wypatrują rowerzysty jako pierwszego obiektu, który pojawi się w zasięgu wzroku, pod warunkiem, że nie będzie jechał za szybko.

Reklama

Każdy z nas ma swojego anioła stróża, wewnętrzny mechanizm determinujący przetrwanie. Słuchajmy go. Kiedyś zrobiłem sobie przerwę w pracy, aby pospacerować z kijami nordic walking. Na pierwszych pasach, jakie miałem do przejścia na ulicy Poprzecznej w ostatniej chwili zdałem sobie sprawę, że kierowca skręcający w moją stronę po prostu mnie nie widzi. Mój anioł stróż wrzasnął: „Skacz na maskę”. Poderwałem lewą nogę do góry jak skoczek do skoku wzwyż. W tej samej chwili kierowca zahamował. Przepraszał, ale nie wiedział, jak było blisko. Drodzy piesi mówię wam, że mądrzy ludzie teraz wchodząc na pasy, utrzymują kontakt wzrokowy z kierowcą. To daje komfort uniknięcia przypadkowego przejechania.


Inna sytuacja, jakiej byłem świadkiem. Na wschodniej obwodnicy miasta jadąc na rolkach, stałem się mimowolnym świadkiem wypadku. Od strony św. Katarzyny, kierowca seata próbował przeciąć obwodnicę. Na moich oczach zderzył się z prawidłowo jadącą kobietą. Jej córkę łapałem przy krawężniku, kiedy w lekkim szoku wyskoczyła po zderzeniu z pasata matki. Po sprawie, gdy służby już pojechały, ta kobieta powiedziała tylko jedno zdanie: „Ten facet nawet nie spojrzał w moją stronę w momencie przekraczania obwodnicy”. W tym przypadku stosowanie metody kontaktu wzrokowego zawiodło, ale ja mam inną i ją polecam. Kiedy dojeżdżasz do skrzyżowania i masz pierwszeństwo, zerknij czy koła pojazdu z drogi podporządkowanej zaczynają zwalniać. Nauczcie się tego, wszak większość z nas ma się za dobrych kierowców. Wierzycie w znaki drogowe, światła bezgranicznie? Ta pani z passata też wierzyła. A tak w ogóle to skrzyżowanie jest wredne, ja tam zawsze zwalniam do tych 60, ile tam jest nakazane. Prowadząc pojazd, zawsze trzeba mieć plan B zakładający, że wasz anioł stróż też może czasami pisać smsa, gdy ma czuwać nad wami.

Reklama

Jeden pan niedawno został wciągnięty pod koła dużej platformy na rondzie Powstańców Śląskich. Czy chciał być wciągnięty pod potężne koła? Sztuka przetrwania w mieście to temat, który jest już nawet wykładany na kursach ochrony.


Czasami czytając w swojej hybrydowej taksówce komunikaty, jakie koledzy piszą na bieżąco o wypadkach i utrudnieniach w służbowej apce, mam wrażenie, że jestem na wojnie. Rowerzyści walczą z pieszymi, kierowcy z rowerzystami, tramwajarze z ciężarówkami, kurierzy z resztą. Ślady wypadków są bardzo szybko usuwane, ktoś zginął w drastyczny sposób, no tak nie uważał westchniemy. Jedna błędna decyzja może wywrócić wam życie do góry nogami.

Reklama

Jedna pani niedawno na przystanku Stalowa przy ulicy Grabiszyńskiej podjęła taką złą decyzję. Wyszła za autobusu pod tramwaj tak, że nawet motorniczy jej nie zauważył. Jej szczątki zostały rozrzucone na długości 500 metrów. Jedna zła decyzja!


Pewnie kiedyś nastąpi u rodaków koniec fascynacji motoryzacją. Ci, co będą chcieli się ścigać, będą to robić na torach wyścigowych. Samochód nie będzie wyznacznikiem mojej ważności na drodze tylko środkiem transportu. Rowerzyści będą mocnymi lobbystami we władzach miastach, a na parkingach rowerowych tak jak w Holandii będą stały tysiące rowerów. Linie tramwajowe będą dochodziły do każdej dzielnicy. Piesi z uśmiechem na ustach będą machali do kierowców ochoczo przepuszczających ich na pasach. Na razie wojna trwa. Piesi, a właściwie ich szybszy odłam - biegacze organizują maraton, który rozwala komunikację w mieście na amen. Rowerzyści w odwecie jadą masą krytyczną przez ulicę miasta. Kierowcy, którzy nie mieli informacji na temat maratonu, przymusowo stoją 1,5 godziny.

Reklama

Nasze ego podpowiada nam złe rozwiązania na drodze. Pozwalamy, aby naszym zachowaniem na drodze rządziły instynkty, adrenalina, mścimy się na innych swoim zachowaniem, bo coś nam nie idzie. Wiecie co jest smutne? Czasami łapię się na tym, że wykonuję niebezpieczny zawód. Mam świadomość, że jedna błędna decyzja może nie mieć happy endu.


To mówiłem ja Kiciek wasz ludowy gawędziarz z taksówki.


red.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo tuWroclaw.com




Reklama
Najnowsze wiadomości