„Nić widmo” to aktorski popis nagrodzonego trzema Oscarami Daniela Day Lewisa, który zapowiedział, że to ostatni film w jego karierze. W najnowszej produkcji Paula Thomasa Andersona zagrał on znakomitego krawca, który nie widzi życia poza swoją pracą. Czy odmieni go spotkanie z pewną intrygującą kobietą?
Paul Thomas Anderson ("Magnolia", "Mistrz", "Boogie Nights") to jeden z mistrzów współczesnego kina, który z Danielem Day Lewisem ("Moja lewa stopa, "Gangi Nowego Jorku") spotkał się już na planie filmu „Aż poleje się krew”. Amerykański reżyser postanowił zaprosić go do współpracy przy „Nici widmie” i obaj pracowali nad scenariuszem tego filmu. Amerykański aktor znany jest z perfekcjonizmu i wielkiego poświęcenia w pracy nad rolami. „Nić widmo” opowiada natomiast o bezkompromisowym artyście, dla którego praca jest obsesją i całym życiem. W trackie seansu można się zastanawiać, ile jest w tej postaci z Day Lewisa i czy nie jest to jego autotematyczne pożegnanie z kinem.
Mimo niesamowitej charyzmy i siły tego aktora, którą widać w nowym filmie, wrażenie robi także to, jak wspaniale dotrzymały mu kroku Lesley Manville i Vicky Krieps. Popisowo zagrała szczególnie ta pierwsza i choć nie ma w tej produkcji zbyt wielu scen, to niemal każde jej pojawienie się na ekranie robi różnice. Ta niedoceniana należycie aktorka, znana ze współpracy z Mikiem Legih, dostała nominację do Oscara i bardzo na nią zasługuje.
W „Nici widmie” wrażenie robi również perfekcjonizm reżysera, Paula Thomasa Andersona i jego dbałość o każdy detal – dźwięk, muzykę Jonny’ego Greenwooda, warstwę wizualną i kostiumy. Ten film to przepiękne arcydzieło.
Szukam słów, by podzielić się wrażeniami po obejrzeniu jednego z najpiękniejszych i najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałem.
Jeśli rację miał poeta, mówiąc, że "słowa to tylko spekulacja (Od łacińskiego speculum, lustro): Szukają, lecz nie potrafią znaleźć znaczenia i widzimy tylko figury snu", to "Nić widmo" jest przykładem przepięknego snu, jaki nazywamy filmem, pełnym przepięknych filmowych figur. To zaskakująca, mistrzowsko opowiedziana i wyreżyserowa historia miłosna o bohaterze, który jest "larger - than - life".
Każdy kadr tego filmu budzi we mnie wielki zachwyt, a niektóre sprawiły, że po plecach przeszły mi ciarki!
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze