Julian Tuwim był wizjonerem, niewątpliwie. Ale czy już w 1936 roku wiedział, że kiedyś w Polsce pojawi się minister Przemysław Czarnek? I profilaktycznie napisał dla niego i jego świty „Bal w operze”? Jeśli tak, to cały trud na nic, bo ten chyba nie przeczytał tego poematu. Pewnie jak i jego najwierniejsza wrocławska wielbicielka, która ministra nie poinformowała, że aby we Wrocławiu impreza się udała i nikt się nie czepiał, to wystarczy zaprosić prezydenta miasta.
„Dzisiaj wielki bal w Operze./ Sam Potężny Archikrator/ Dał najwyższy protektorat…”. Tak zaczyna się wspomniany poemat Tuwima. Tak mogłyby się zaczynać relacje ze słynnych urodzin, które niedawno w Operze Wrocławskiej urządził współpracownik ministra Czarnka. Przybyło liczne grono nobliwych gości. Według relacji dziennika „Fakt” między innymi kardynał Gerhard Muller, zastępca Komendanta Głównego Państwowej Straży Pożarnej, niektórzy rektorzy, politycy PiS z posłanką Mirosławą Stachowiak-Różecką na czele i oczywiście Sam Potężny Minister. A u Tuwima: „Zajeżdżają Buicki, Royce"y/I Hispany,/Wielkie wstęgi, śnieżne gorsy,/Szambelany,/I buldogi pełnomocne/I teriery/I burbony i szynszyle/I ordery/I sobole i gr and-diuki/I goeringi,/Akselbanty i lampasy/I wikingi,/Admirały, generały,/Bojarowie,/ Bambirały, grubasowie…”.
Wrocławska impreza została zorganizowana, delikatnie mówiąc, w dość niejasnych okolicznościach. Brak umów, faktur… I jeszcze zderzenie kultur. Goście po obejrzeniu i wysłuchaniu „Cyganerii” Giacomo Pucciniego uraczeni zostali występem lidera formacji Bayer Full, który zaserwował melomanom„Majteczki w kropeczki”. Dobrze, obiecuję, ostatni raz zacytuję „Bal” Tuwima: „Ostro gra orkiestra-kiestra,/Z czterech rogów, czterech estrad/Pryska extra bluzgi grzmiące,/Miedzią pluska i mosiądzem/I bac! w blask, w oklaski, brawo,/W- drgawki metalową lawą/I jazz w blask grzmiąc furioso -/I nagle duszną tuberozą/W krew, w nozdrza placadiutanta/(Tempo: szampan, szatan, szantan)”.
Kto stoi za organizacją tej wrocławskiej imprezy? Dobre pytanie. Teoretycznie jubilat, współpracownik ministra edukacji i nauki. Ale ja bym nie lekceważył roli bliskiej współpracowniczki, a na pewno orędowniczki, Przemysława Czarnka – wrocławskiej posłanki Mirosławy Stachowiak-Różeckiej. Ci, co mają trochę lepszą pamięć, może nawet dziwić ta rola. Przecież jeszcze kilka lat temu pani poseł żyła w przekonaniu, że wystarczy mieć w ręku indeks, zaliczone kilka imprez studenckich i parę egzaminów, by wpisać sobie w rubryce wykształcenie: wyższe. Dopiero media uświadomiły działaczce Prawa i Sprawiedliwości, że do tego uprawnia posiadanie dyplomu magistra. I że w dokumentach pani poseł kłamie. Ale widocznie tak mocno wgryzła się w temat, że obroniła pracę magisterską i teraz jest szefową sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży. Iście leninowska kariera. No i pani poseł do niedawna była także szefową wrocławskich struktur tej partii, ale po tym jak w trakcie obecnej kadencji samorządowej pięciu radnych uciekło z klubu PiS, to i prezes stracił cierpliwość i przysłał do Wrocławia komisarza. Teraz rządzi tu niedawna radna warszawskiej dzielnicy Śródmieście. I teraz dochodzimy do clou. Otóż wszyscy ci radni uciekli do klubu Jacka Sutryka. Niektórzy podejrzewali, że pani poseł jakiś kontrakt podpisała z prezydentem… Podpisała, nie podpisała, ale mogła zaprosić na bal do opery prezydenta. No jakiś dług wdzięczności Jacek Sutryk ma. A jeszcze się nie zdarzyło, by po którymś balu, na którym był prezydent, wybuchła afera. Nikt nie pyta kto płaci, ile płaci, a nawet jak po długim czasie coś wyjdzie, to jakoś nikt z tego wielkiego halo nie robi. Wrocławianom wmówiono, że pan prezydent musi żyć godnie. Poza tym w ratuszu tę jedną sztukę opanowano do perfekcji. Nawet jak pojawiły się pogłoski, że któryś z dyrektorów zrobił sobie wieczór kawalerski i wykorzystał do tego to i owo z magistrackiej własności, to najwięksi śledczy nie znaleźli dowodów. Tak w papierkach to rozpisano. Szacun. I z operą dano by radę, a tak będą kontrole. Przeróżne. Na przykład sejmikowej komisji rewizyjnej. Oczywiście, jak najbardziej zgodnie z prawem. Tylko okazuje się, że jednym z kontrolerów będzie Marek Łapiński, wiceprezes wrocławskiego TBS, najgorzej zarządzanej spółki miejskiej. Czyli coś w stylu jakby Szpicbródka ścigał Henryka Kwinto. Tego to i Tuwim by nie wymyślił.
A wracając do tego, co wydarzyło się we wrocławskiej Operze… Przypomniały mi się młode lata. Gdy kilka dni przed moją osiemnastką rodzice wyjechali, do naszego niewielkiego mieszkania w bloku zaprosiłem ponad sto osób. Bal w operze to małe miki przy tym. Udało mi się posprzątać i większych śladów nie było. Tylko po powrocie rodziców odwiedziło nas z pół osiedla. Podobno sąsiedzi nie mogli spać… A były to czasy, gdy punk ścierał się z metalem. Po takim rozgłosie nauczyłem się, że z różnych powodów bawić należy się dyskretniej. Niestety arogancja władzy powoduje zjawisko, które cytowany Julian Tuwim w zupełnie innym utworze opisał tak:
Powiedz człowiekowi, że na niebie jest gwiazd 978301246569987 a uwierzy. Ale napisz kartkę „Świeżo malowane”, a sprawdzi palcem i powala się.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze