Reklama

Umarł król, niech żyje król. Przyszłość Śląska bez Sebastiana Mili

24/01/2015 00:00

Nie ma dobrego momentu na to, by pozwolić odejść z klubu zawodnikowi, który przez lata był jego liderem i pod którego wodzą drużyna święciła duże sukcesy. Ale wydaje się, że w taki moment trafili działacze Śląska Wrocław, decydując się na sprzedaż Sebastiana Mili.

Symbol sukcesów Śląska


Przez blisko siedem lat mieliśmy w Śląsku Wrocław kawał piłkarza, bo na takie miano Sebastian Mila bez wątpienia zasługuje. Nie tylko pod względem umiejętności, ale też za sprawą osobowości i pewnej charyzmy. A wszystkie te cechy przekładały się na rozpoznawalność i popularność wykraczającą daleko poza Wrocław. Gdy w 2008 r. Mila przechodził do Śląska z ŁKS Łódź, był to jednocześnie symboliczny koniec fatalnych dla wrocławskiego klubu czasów. Takich, gdy wrocławianie musieli - mówiąc kolokwialnie - kopać się po czołach w trzeciej lidze. Bo do klubu dołączył piłkarz wysokiej klasy, o dużych ambicjach i marzący o sukcesach.

Od chwili, gdy Sebastian Mila przyszedł do Śląska, klub szedł w górę. Budowę zespołu z medalowymi aspiracjami zaczął trener Ryszard Tarasiewicz. On sam nie doczekał na stanowisku do czasu, gdy Śląsk zaczął dominować w lidze i zdążył zdobyć "tylko" Puchar Ekstraklasy. Ale po latach jego współpracownicy przypominali, że popularny “Taraś” na samym początku swojej misji mówił, iż buduje zespół “idący na mistrza". Jego dzieło dokończył trener Orest Lenczyk, który poprowadził Śląsk po wicemistrzostwo, mistrzostwo i Superpuchar Polski, a także do gry w europejskich pucharach. A trochę tej słodyczy spadło też na Czecha Stanislava Levego, pod wodzą którego Śląsk wywalczył brązowy medal Ekstraklasy. 



Czy te sukcesy byłyby możliwe bez Sebastiana Mili? To bardzo wątpliwe. W Śląsku lat poprzednich Mila grał pierwsze skrzypce - nie tylko na boisku, ale także poza nim. Przyciągał zainteresowanie do Śląska, był ważnym elementem marki klubu i jego twarzą. Potrafił zmotywować kolegów do walki. Przypomnijmy tutaj hoćby jego pamiętną i znaną publicznie, bo uwiecznioną na okolicznościowym filmie, przemowę sprzed meczu z Wisłą Kraków, który decydował o tym, czy wrocławianie wywalczą mistrzostwo Polski. Wielu kibiców czy dziennikarzy słysząc “Mila”, najczęściej myślało “Śląsk Wrocław”. Bo to był klub popularnego “Rogera” i on był jego liderem. I nic dziwnego, że po jego odejściu pojawiają się głosy - np. na łamach “Przeglądu Sportowego” - pełne obaw, że bez Mili Śląsk nie da sobie rady.

Coraz mniej miejsca dla dawnego lidera
Czas jednak płynie nieubłaganie i Sebastian Mila jest już coraz starszym piłkarzem. Jesienią ub.r. pokazał i w Śląsku Wrocław, i w reprezentacji Polski, że nadal stać go na grę na wysokim poziomie. Grał tak, że piłkarska Polska była z niego dumna, a jednocześnie podziwiała za to, że zdołał się podnieść po trudnym momencie w karierze, gdy przez nadwagę i mierną formę sportową trener Śląska Tadeusz Pawłowski zalecił mu m.in. surową kurację i publicznie opowiadał o jego nadwadze. To były mocne ciosy dla piłkarza świadomego własnych umiejętności i tego, ile znaczył dla Śląska w poprzednich latach. Jesienią Mila pokazał klasę i dał z siebie bardzo dużo, ale trudno było się oprzeć wrażeniu, że trener Tadeusz Pawłowski buduje taki Śląsk, w którym zalety Mili trudno będzie wyeksponować. Wrocławianie grali ofensywnie, technicznie, szybko, kreowali sobie sporo sytuacji pod bramką rywala. A Mila, który nigdy nie należał do demonów szybkości, jako tako dawał sobie radę jako centralny punkt drużyny, ale też przyglądając się grze Śląska można było zauważyć, że w zespole przydałaby się nowa jakość na kluczowej pozycji w środku pola.

Wydaje się też, że popularny “Milowy” pod względem mentalnym coraz mniej pasował do zespołu, który stara się budować trener Pawłowski. W składzie Śląska coraz więcej jest piłkarzy, którzy przyciągają uwagę mediów. Takimi “błyszczącymi” punktami wrocławskiej drużyny są bracia Paixao - z racji pogodnych charakterów, z racji bycia bliźniakami, a także z racji świetnych umiejętności. Ale większość graczy Śląska to unikający rozgłosu profesjonaliści, skupieni mocno na grze zespołowej. Sebastian Mila zaś od wielu lat jest traktowany jako jedna z twarzy polskiej piłki, a jego wracające cyklicznie rozterki pt. “Zostać w Śląsku Wrocław czy odejść” były przyjmowane z rosnącą irytacją nie tylko przez kibiców, ale też przez drużynę.

I kto wie, czy w sytuacji, gdy zbliżał się ostatni moment pozwalający sprzedać Milę za dobre pieniądze do innego klubu i w perspektywie ryzyka, że kolejne zamieszanie wokół jego odejścia z klubu popsuje chwaloną wszędzie atmosferę w Śląsku, zdecydowano: “Sprzedajemy Sebastiana Milę do Lechii Gdańsk”. Zwłaszcza, że zimowe transfery wrocławian wyglądają tak, jakby zabezpieczano się na wypadek odejścia “Milowego”. Bo do roli jego zastępcy przymierzany jest pozyskany już w grudniu ub.r. Słowak Peter Grajciar, w środku pola zamiast na skrzydle może grać też Flavio Paixao, a do gry i w ataku, i na boku pomocy nadaje się pozyskany niedawno Rumun Andrei Ciolacu. A sam Sebastian Mila też od zawsze marzył o tym, by na koniec kariery wrócić do Lechii Gdańsk i skończyć przygodę z futbolem tam, gdzie ją zaczynał.

Transfer, na którym wszyscy skorzystali
W tym kontekście widać, że na tym głośnym transferze skorzystały obie strony. Sebastian Mila wrócił do ukochanego klubu, będzie bliżej rodzinnego Koszalina. Zyskał też możliwość, aby poukładać sobie życie rodzinne, bo jego córeczka wkrótce zacznie chodzić do szkoły i zima była momentem, kiedy musiał podjąć decyzję o przyszłości swojej rodziny. A w klubie z Gdańska Mila może stać się naturalnym liderem i kimś, kto nada drużynie tak poszukiwanego jesienią charakteru, bo Lechia była bardziej jak zlepek piłkarzy, a nie jak drużyna. Mila przez lata gry w Śląsku Wrocław pokazał zaś, że budowanie team spirit wychodzi mu świetnie. Z kolei Śląsk zarobił na tym transferze przyzwoite pieniądze, bo mówi się o kwocie przekraczającej milion zł, a przy okazji pozbył się konieczności wypłacania Mili wysokiej miesięcznej pensji. Natomiast trener Pawłowski może budować zespół wg swojej wizji i bez zamieszania wokół jednej z kluczowych pozycji w drużynie. Następców ma już zaś pod ręką. To wymieniony wyżej Peter Grajciar, w którego wrocławski szkoleniowiec mocno wierzy, to Flavio Paixao, może również Mateusz Machaj lub Krzysztof Danielewicz, a to tylko niektóre z wariantów. A piłkarskie życie toczy się dalej. Sebastian Mila odszedł ze Śląska i będzie budował swoją przyszłość w gdańskiej Lechii. Z kolei we Wrocławiu drużyna jest w rękach dobrego trenera, co pokazała świetna dla klubu runda jesienna. Ani Mili, ani Śląskowi Wrocław decyzja o transferze nie zawaliła nieba na głowę. I paradoksalnie, mimo pięknych wspomnień i wspaniałych sukcesów to rozstanie obu stronom może wyjść na zdrowie.


Łukasz Maślanka, Twitter: @Lukasz_Maslanka

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo tuWroclaw.com




Reklama
Najnowsze wiadomości