Michał Jaros ma już pracę w rządzie, ale jeszcze nie wie, co będzie w nim robił. Partyjni koledzy już wiedzą, że nowy sekretarz stanu do spraw nieważnych nie pogodzi tej „ciężkiej pracy” z szefowaniem partii w regionie, więc wyraźnie komunikują konieczność zmiany lidera na Dolnym Śląsku. Natomiast europosłanka Anna Zalewska, która skutecznie zniszczyła wrocławski PiS, na sekundę zbliżyła się do Lewicy, co oburza oświeconych demokratów. Czy zapomnieli, że głosowali na listę, na której był Roman Giertych?
Szczerość w polityce to raczej towar deficytowy. Ale jak już jakiś polityk się na nią zdobędzie, zwłaszcza gdy przyznaje się do czegoś niedobrego, to w podejrzliwym człowieku rodzi się pytanie: naiwność czy już może arogancja?
Tak jest w przypadku posła Michała Jarosa, który kilka dni temu został wiceministrem rozwoju i technologii. Po tygodniu urzędowania z rozbrajającą szczerością na antenie „Radia Rodzina” wyznał, że na razie nie wiadomo jakim konkretnie obszarem w resorcie będzie się zajmował. - Trwa podział kompetencji - wyjaśnił.
Nie wiem jakie mają Państwo doświadczenia przy zatrudnianiu, ale z reguły to już w procesie rekrutacji wiadomo jakie człowiek będzie miał zadania do wykonania. Mówiąc wprost: pracodawca jak szuka ludzi, to wie po co. Ale nie w rządzie. Który zresztą działa już prawie rok. Tu ważny jest człowiek, który dostępuje zaszczytu bycia sekretarzem stanu. A jakąś robotę z czasem mu się znajdzie.
Zwłaszcza, że w kierownictwie tego resortu jest aż pięciu mężczyzn w sile wieku. I tylko mężczyzn. Jak się nazywa to zjawisko, gdy jakaś siła, w tym wypadku polityczna, uważa, że tylko faceci znają się na rozwoju i technologii? Dla siebie pytam, bo kilka razy pod swym adresem słyszałem: seksista i nie do końca wiedziałem co to ja za stwór jestem.
A przecież minister Michał Jaros już rutynowo w każdej wypowiedzi mówi o Polkach i Polakach. W swojej pracy będzie miał łatwiej i krócej. Tam tylko Polacy. Chyba, że pójdziemy krok dalej w ewolucji słownikowo-płciowej i określimy, że w resorcie rządzą osoby ministrujące…
Jak to się stało, że Michał Jaros trafił do rządu? Przepraszam za odrobinę megalomanii, ale kilka tygodni temu pisałem o zmianach w dolnośląskiej PO: „Niektórzy twierdzą, że trzeba poczekać do przyszłorocznych wyborów prezydenta RP. A w tym czasie poseł Jaros dostanie jakieś zadanie - może wiceminister, może przy kampanii wyborczej…”.
A propos zatrudnienia, słyszeli Państwo o jakimś wakacie na stanowisku prorok? Dobrze, koniec z wątkiem megalomania, bo tu wcale nie trzeba być prorokiem. To od dziesiątek lat znany kop w górę. W czasach PRL-u jak pozbywano się niewygodnego towarzysza to trafiał na placówkę w Mongolii czy Laosie. Natomiast przeciwnicy Jarosa załatwili mu stanowisko sekretarza stanu w resorcie kompletnie bez większego znaczenia.
Ale już Grzegorz Schetyna, jeden z największych przeciwników politycznych Michała Jarosa w regionie, zaczął opowiadać publicznie, iż nie jest przekonany, czy uda się połączyć funkcję lidera partii na Dolnym Śląsku z pracą w rządzie…
A Grzegorz Schetyna wie co mówi, bo trudno znaleźć lepszego speca od wysadzania z siodeł liderów partii na różnych szczeblach. Zwłaszcza, że Michał Jaros w ostatnich miesiącach zaliczał polityczne wpadki jedna za drugą. Od braku nominacji na kandydata na prezydenta Wrocławia po przegrane głosowanie na marszałka Dolnego Śląska, gdy nawet jego partyjni koledzy byli przeciw.
Po takiej klęsce nie przestaje wierzyć, że jest jeszcze dla kogoś liderem, choć oczywiście nominalnie nikt go nie pozbawił funkcji szefa PO na Dolnym Śląsku. Z uporem maniaka powtarza słowa, które też usłyszeliśmy klika dni temu we wspomnianym radiu.
-Zawiodło mnie kilka osób. Zostaną wyciągnięte konsekwencje za głosowanie na marszałka. Wszyscy, którzy podjęli taką decyzję mają tego świadomość. Niektórzy się tym wręcz chwalili - mówił na antenie.
Ciekawe bardzo za jakie to konsekwencje „będzie ciągnął”. Zwłaszcza, że to głosowanie było tajne, więc dowodów brak. Ale nawet jakby się pojawiły. Wyrzuci z partii radnych sejmiku, którzy nie głosowali za nim? Zakładając nawet, że to możliwe, a możliwym nie jest, to osłabiłby klub PO w sejmiku i dopiero zrobiłaby się draka.
Odnoszę wrażenie, iż Michał Jaros nie zauważył swojej politycznej porażki i że wielu działaczy się od niego odsunęło, począwszy od kibicującego mu przez wiele miesięcy Bogdana Zdrojewskiego.
Nowy wiceminister staje się idealnym uosobieniem tego, co o Polakach kiedyś powiedział Bohumil Hrabal:
„To jest interesujące u Polaków, że chociaż zawsze przegrywają, to jednak uważają się za zwycięzców”.
Dlatego Jaros z podniesionym czołem twierdzi, że teraz oprócz zajmowania się czymś w ministerstwie ma i inny cel: „Moim priorytetem jest poprowadzenie dolnośląskiej PO do zwycięstwa w wyborach prezydenckich”.
Gdybym był złośliwy, to napisałbym, że o ile wygrana PO w tych wyborach wydawała się pewna, to teraz pojawiły się pewne zagrożenia. Zwłaszcza, gdy tym kandydatem jednak pozostanie Rafał Trzaskowski. Bo to przecież prezydent Warszawy obiecywał Jarosowi, że jak odpuści prezydenturę Wrocławia, to partia poprze go na marszałka... Nie mówię, że Jaros ma motto „Zemszczę się”, bo to wszak jak powszechnie wiadomo pseudonim Grzegorza Schetyny, ale nigdy nie wiadomo, co siedzi w człowieku tak ciężko doświadczonym przez polityczny los.
Ale tu z tym Rafałem Trzaskowskim jeszcze nic pewnego, bo coraz mocniej swój akces na kandydata PO zgłasza Radosław Sikorski, bardzo wspierany przez Romana Giertycha. Nie ma co się dziwić, wszak obaj byli w rządzie Jarosława Kaczyńskiego…
Ten ostatni zachowuje się natomiast jakby w tym wyścigu postanowił zatwierdzić wariant wrocławski. Przypomnę tylko, że kandydata na prezydenta Wrocławia zaprezentowano w ostatniej chwili, a został nim nikomu kompletnie nieznany Łukasz Kasztelowicz, który nawet nie wszedł do drugiej tury.
To był między innymi efekt zaorania wrocławskich struktur przez europosłankę Annę Zalewską i ówczesną marszałek Sejmu Elżbietę Witek, które do niedawna niepodzielnie rządziły dolnośląskimi strukturami. Zresztą chyba nadal nimi rządzą, choć na ostatnim kongresie dało się zauważyć, iż wrocławscy politycy spod znaku PiS u prezesa mają niewielkie poważanie. Do kierownictwa dostał się tylko poseł Paweł Hreniak. I oczywiście Elżbieta Witek rodem z Jawora. Reszta z parlamentarzystów w głębokim cieniu. I bez szans na powrót z „Ułan Bator”.
No dobrze, z cienia na chwilę wyszła przywołana Anna Zalewska, gdy światło dzienne ujrzał filmik jak to obściskuje się, śmiejąc się od ucha do ucha, z równie rozbawioną działaczką Nowej Lewicy Joanną Scheuring-Wielgus, a obok stoi równie rozbawiony Robert Biedroń. Przedstawiciele tak zwanego obozu demokratycznego mało nie zeszli na zawał. Oburzony Roman Giertych zapisał: "Kiedyś było to normalne, ale PiS chciał nam zabrać wolność, demokrację, niepodległość i konstytucję, a wy się z nimi obściskujecie?".
To ja tylko temu obozowi, niby demokratycznemu, chciałbym przypomnieć co nich niedawno mówił pan Roman: „To jest właśnie Platforma Obywatelska dzisiaj, kompletna ciamciaramcia, nic nie znacząca, nic nie wnosząca, Donald Tusk chciałby robić mniej więcej to samo co Jarosław Kaczyński tylko żeby to on był (…)”.
A co nam zabrał jak był w rządzie, to już nie będę wyliczał, a „wy się z nimi obściskujecie?". I startujecie z jednej listy wyborczej?
A propos obściskiwania. Mógł Mistrz Polikarp porozumieć się ze Śmiercią, Andrzej Kmicic z Jerzym Wołodyjowskim, a Donald Tusk z Romanem Giertychem. Ale gdy niektórych spytać w PO o porozumienie na linii Grzegorz Schetyna - Michał Jaros, to słychać: Schetyna-Zalewska to może, ewentualnie… Ona mniej ostatnio ośmieszyła Platformę...
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze