Zamiast jedynie oświetlać ulicę, przyprawia o gęsią skórkę, ale i niesamowicie fascynuje przechodniów. Słynna wrocławska latarnia przy ul. Sienkiewicza, która w ubiegłych latach podbiła internet, by chwilę później paść ofiarą miejskich sekatorów, znów daje o sobie znać.
Gęste pnącza dzikiego wina ponownie tak szczelnie oplotły miejski słup i klosz, że całość przypomina sylwetkę Dementora z "Harry'ego Pottera". Stali bywalcy wrocławskich spacerów doskonale pamiętają jednak, że to nie pierwszy raz, kiedy "zielony potwór" pojawia się w przestrzeni miejskiej. Kiedy podobna instalacja stworzona przez samą naturę stała się w poprzednich latach hitem mediów społecznościowych, radość internautów nie trwała długo. Do akcji szybko wkroczyły służby miejskie, które bezlitośnie przycięły zjawiskową roślinę.
Dlaczego zdecydowano się na tak drastyczny krok, niszcząc coś, co tak bardzo spodobało się mieszkańcom? Powód był bardzo pragmatyczny. Niezwykle gęste liście całkowicie zakrywały źródło światła, przez co latarnia przestała spełniać swoją podstawową funkcję – nie oświetlała już ulicy, co wpływało na bezpieczeństwo po zmroku. Dodatkowo drogowcy argumentowali, że ogromny ciężar rozrastających się pnączy mógł stanowić obciążenie zagrażające stabilności i infrastrukturze samego słupa.
Natura nie znosi próżni i wzięła sprawy "w swoje ręce". W rejonie Ogrodu Botanicznego "zielony strażnik" znów cieszy oko – przynajmniej do czasu kolejnych porządków. Co prawda, na razie nie jest aż tak straszny, jak dwa lata temu, ale nadal robi wrażenie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze