Bez marketingowych haseł, bez zdjęć z katalogu. Na ścianie wiszą proste cenniki w drewnianych ramkach: „Uszycie kołdry - od 200 zł”, „prucie - od 40 zł”, „napełnienie poduszki - 80 zł”. To zakład pani Elżbiety Ksztoń przy ul. Żeromskiego 54 we Wrocławiu. Jedno z niewielu rzemieślniczych miejsc, które trwają mimo zmieniających się czasów.
– Moja teściowa prowadziła ten zakład przez 50 lat. Ja przejęłam go dziewięć lat temu – mówi nam pani Elżbieta.
Zakład zajmuje się szyciem i renowacją kołder oraz poduszek. To usługi, które dla wielu brzmią dziś archaicznie, ale dla klientów mają konkretną wartość, nierzadko sentymentalną. Najczęściej przychodzą z czymś starym: zużytą pierzyną, poduszką, którą pamiętają jeszcze z dzieciństwa. Zamiast wyrzucać – chcą odnowić.
– Jeśli środek jest dobrej jakości, zawsze doradzam przerobienie. Można wyciągnąć pierze, zmienić materiał i zrobić z tego nową kołdrę. Bo szkoda wyrzucać coś, co jest dobre – tłumaczy.
Nie każde pierze nadaje się jednak do ponownego użycia. – Zdarza się, że materiał jest już zniszczony. Wtedy trzeba uczciwie powiedzieć klientowi, że to nie ma sensu.
Pani Elżbieta ceni sobie uczciwość. – W markecie jest anonimowość. A tutaj jest konkretna osoba, która odpowiada za to, co robi – mówi. – Klient widzi, co jest w środku. Wie, czy to naprawdę puch, czy tylko jego namiastka. A rynek bywa nieuczciwy. Poduszka „puchowa”, a w środku 10 procent puchu i reszta sztucznych włókien.
W zakładzie każda rzecz powstaje „na miarę”. Klienci określają, czy kołdra ma być lekka, średnia czy bardzo ciepła. Starsze osoby często wybierają grubsze wypełnienie. – Przyjeżdżają spoza Wrocławia, nawet z Niemiec. Zdarza się, że ktoś przysyła rzeczy z zagranicy – z Hiszpanii, z Włoch. Bo tam już takich usług już prawie nie ma - wyjaśnia właścicielka zakładu. – Poza tym ludzie, szczególnie dojrzalsi, lubią mieć kontakt z kimś, kogo znają. Ja też tak mam – wolę kupować u kogoś sprawdzonego - opowiada.
Najbardziej poruszające są jednak historie klientów. Pani Elżbieta wspomina jedną z nich:– Przyszła dziewczyna z jedną starą pierzyną, którą dostała w spadku po babci. W środku były piękne pióra. Z jednej zrobiłyśmy sześć kołder. Rozeszły się po rodzinie. To piękne spożytkować coś dobrego z domu.
Mimo przywiązania klientów, prowadzenie takiego zakładu nie jest dziś łatwe. – To jest biznes na granicy opłacalności – przyznaje pani Elżbieta. – Prowadzę go już na emeryturze. To bardziej dorobienie, ale też kontakt z ludźmi. Bo ludzie przychodzą nie tylko z kołdrą, ale też po radę.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.To już zmierzch takich usług. W obecnych czasach znalezienie szewca krawca zegarmistrza zaczyna graniczyć z cudem. Pokolenie Z praktycznie nie umie nic poza siedzeniem nosem w smartfonie to spowoduje za kilka lat sytuację jak coś się zepsuje będziesz zmuszony kupić nowe. A tyle na codzień UE gada o ekologii ot zwykła hipokryzja.
Witam. Polecam jak najbardziej. Po mojej śp. mamie odziedziczyłem puchową pierzynę. Pani "wyczarowała" z niej nową kołdrę, którą używam tylko w okresie jesień, zima, wiosna, tak ciepła a jaka lekka. Nie żałuję wydawanych tam pieniędzy. Polecam!
To już zmierzch takich usług. W obecnych czasach znalezienie szewca krawca zegarmistrza zaczyna graniczyć z cudem. Pokolenie Z praktycznie nie umie nic poza siedzeniem nosem w smartfonie to spowoduje za kilka lat sytuację jak coś się zepsuje będziesz zmuszony kupić nowe. A tyle na codzień UE gada o ekologii ot zwykła hipokryzja.