Wczoraj wrocławianie tłumnie przybyli do Hali Stulecia, aby podziwiać musical „Metro”. Choć nie można odmówić tej produkcji zaszczytnego miejsca w dorobku polskiej kultury popularnej, to jednak gołym okiem było widać, że czas „Metru” nie służy.
Bardzo łatwo jest zrozumieć zachwyt nad „Metrem” młodych ludzi w początkach lat 90. W tamtejszych realiach spektakl był wyrazem nadziei, marzeń i obaw młodzieży wkraczającej w nową rzeczywistość społeczną i polityczną. Muzyka, śpiew, taniec, miłość, marzenia i odwaga w ich realizacji. Wszystko to w „Metrze” było i, jak na ówczesne czasy, zachwycało.
Współczesnym widzom, już jednak to nie wystarcza. Pod maską laserowych wizualizacji i muzyki z taśmy kryje się aż do bólu banalna fabuła, brak scenografii i tylko zadowalający ruch sceniczny.
Talentu aktorom „Metra” odmówić nie można. To, co ratuje publiczność przed znużeniem, to piękne głosy, znane widzom piosenki i niektóre gitarowe solówki. W pamięci pozostaje jedynie wykonanie przez Rafała Drozda (Jan, główny bohater) utworu „A ja nie” i nieco szablonowa, ale dobrze zagrana rola Mariusza Czajki.
Ze spektaklu, który niegdyś brał we władanie młode umysły, niewiele pozostało. To, co niegdyś rozpalało serca do czerwoności, obecnie pozwala jedynie odgrzać stare wspomnienia.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze