Reklama

Kapitalna postawa WKS-u. Koszykarski Śląsk w piorunującym stylu wygrywa Świętą Wojnę z Anwilem!

19/01/2021 19:52

Kapitalny pokaz siły i to w takim meczu. Koszykarze Śląska Wrocław nie dali najmniejszych szans Anwilowi Włocławek w Hali Orbita, triumfując w Świętej Wojnie aż 107:77. To trzeci z rzędu mecz WKS-u, gdy przekraczają granicę 100 pkt.

Odkąd Śląsk Wrocław powrócił na poziom koszykarskiej ekstraklasy, wrocławianom nie udało się jeszcze wygrać w Świętej Wojnie. Choć faktem jest, że nie grali jej od tego czasu na własnym parkiecie, bowiem w zeszłym sezonie ów mecz „pożarł” koronawirus. Tym razem COVID również namieszał, bo ten mecz miał być planowo pod koniec grudnia, ale kwarantanna w zespole Anwilu wymusiła jego przełożenie. Tak czy inaczej, Święta Wojna we Wrocławiu doszła wreszcie do skutku. WKS chciał powrócić na ligowe podium, z którego spadł przez dwa zaległe mecze i zrewanżować się Anwilowi za porażkę we Włocławku. Dla wrocławian było to także pierwsze z aż sześciu domowych spotkań z rzędu.


Pierwsza kwarta była absolutnym popisem Śląska. Widać było po nich determinację, żeby wygrać wreszcie Świętą Wojnę i od początku to pokazywali. WKS grał szybciej, szczelnie w defensywie oraz bardzo skutecznie. Z bardzo dobrej strony pokazał się Ben McCauley, którego celne rzuty przyczyniły się do szybkiego prowadzenia wrocławian 11:4. Niemalże z każdą akcją przewaga Śląska rosła. Trafiali prawie wszystko. Dość powiedzieć, że pierwszą kwartę zakończyli na skuteczności aż 85%. Grą ofensywną dowodził niespodziewanie Mateusz Szlachetka, który zdobył aż 7 pkt w tej części meczu. Anwil nie miał zbyt wiele do powiedzenia, regularnie myląc się chociażby w rzutach za trzy. Efekt przyniosło to taki, że już po pierwszej kwarcie Śląsk prowadził 32:12.

Reklama

W kolejnej kwarcie już tak kolorowo nie było. W grę WKS-u wkradło się kilka dość głupich strat i pomyłek w rozegraniu. Anwil dzięki temu zaczął odrabiać straty, doprowadzając nawet do wyniku 43:32. To wciąż rzecz jasna było dużo, ale Śląsk potrzebował odzyskania koncentracji, aby nie pozwolić rywalom na rozkręcenie się. WKS miał na swoje szczęście trójki, którymi w ostatnich meczach zdziałał wiele dobrego. Elijah Stewart i Kyle Gibson zadbali o utrzymanie przewagi, a solidna końcówka pozwoliła Śląskowi zejść do szatni prowadząc aż 52:37.


Po powrocie na boisko Śląsk znów absolutnie dzielił i rządził. Wrocławianie byli bardzo skuteczni (ich procent celnych rzutów z gry nie schodził poniżej 60%), trafiali za dwa, za trzy, rzuty wolne. Dominowali nad Anwilem w każdym aspekcie gry, tak ofensywnym, jak i defensywnym. Znakomicie sprawował się Stewart, nieco słabszego niż zwykle Strahinję Jovanovicia świetnie uzupełniał Mateusz Szlachetka, a gracze z Włocławka odbijali się od Ivana Ramljaka jak od ściany. Przewaga rosła i rosła, a przed ostatnią kwartą WKS prowadził ponad trzydziestoma punktami (84:53).

Reklama

Czwarta kwarta żadnej rewolucji nie przyniosła. Śląsk grał już z dużą pewnością siebie, a Anwil był zespołem, z którego WKS wyssał jakąkolwiek nadzieję na cokolwiek. Wrocławianie natomiast dalej wręcz bawili się rzutami za trzy punkty. Stewart, McCauley, Jovanović, czy nawet Gabiński. Niemal każdy „uszczknął” nieco trójkowego tortu. W pewnym momencie było już nawet 105:67. Dopiero w samej końcówce gdy Śląsk już absolutnie się rozluźnił i pograł rezerwowymi (swoje pierwsze punkty w EBL zdobył Paweł Strzępek), Anwil nieco zmniejszył straty, unikając absolutnej kompromitacji. WKS triumfował ostatecznie 107:77.


Miała być Święta Wojna, no i w sumie była, ale przede wszystkim to była absolutna masakra. Śląsk nie dał Anwilowi nawet cienia szans. Wrocławianie wykorzystywali wszystkie błędy rywali, sami popełniali ich stosunkowo niewiele, byli niesamowicie cierpliwi i skuteczni. Po prostu klasowy mecz WKS-u. Nawet jeśli Anwil ma obecnie swoje problemy, a ten sezon jest dla nich bardzo słaby. To był trzeci z rzędu mecz Śląska z przekroczoną granicą 100 pkt, ale zdecydowanie najlepszy z nich. Elijah Stewart dał kolejny popis, Ben McCauley pokazał, że jest w stanie dla WKS-u zrobić niezwykle wiele dobrego, Ivan Ramljak był murem, którego nie sposób przeskoczyć. No i cichy bohater tego meczu Mateusz Szlachetka, który może zdobył tylko 9 pkt, ale gdy był na parkiecie, gra Śląska miała po prostu ręce oraz nogi. Nawet słabszy dzień Jovanovicia i Dziewy nie był zbyt widoczny.

Reklama

Śląsk ostatnimi czasu każdego rywala zostawia rozbitego i zmasakrowanego. Seria trzech meczów z liczbą ponad 100 pkt to rzadki widok w Energa Basket Lidze, ale nikt we Wrocławiu nie zamierza narzekać. W następnym meczu WKS zmierzy się w Hali Orbita z piątą w tabeli Pszczółką Startem Lublin. Ten mecz już w niedzielę 24 stycznia o 17:35.


WKS Śląsk Wrocław – Anwil Włocławek (32:12, 20:25


Śląsk: Gibson 14, McCauley 22, Dziewa 4, Jovanović 10, Ramljak 11 oraz Stewart 24, Strzępek 2, Gordon 0, Wójcik 0, Gabiński 7, Szlachetka 9, Tomczak 4

Reklama

Trener: Oliver Vidin


Anwil: Dykes 6, Clarke 9, Almeida 14, Sulima 10, Mielczarek 5 oraz Pluta 10, Jerrells 3, Tomaszewski 5, Zamojski 2, Lichodiej 3, Piątek 0, Radić 10


Trener: Przemysław Frasunkiewicz


Bartosz Królikowski

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo tuWroclaw.com




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości