W sobotę o godzinie 19:45 na Stadionie Miejskim w Białymstoku, wszyscy miłośnicy futbolu amerykańskiego niech przygotują się na grzmoty. Dwie najlepsze drużyny tegorocznej Topligi - Panthers Wrocław i Seahawks Gdynia po raz trzeci z rzędu powalczą o ostateczny triumf w lidze.
Dla zawodników Panter, drużyna z pomorza jest prawdziwym przekleństwem. Obie ekipy mierzyły się ze sobą w wielkim finale w sezonach 2014 oraz 2015 i dwukrotnie Seahawks utarli nosa faworyzowanej drużynie z Wrocławia. Czy po tych niepowodzeniach w najbliższą sobotę uda się Panthers zdjąć gdyńską klątwę?
Pantery znajdują się pod ogromną presją. Klub, który powstał z fuzji Devils i Giants Wrocław (drużyny ze Stolicy Dolnego Śląska wygrywały 4 z 10 edycji Polskiej Ligi Futbolu Amerykańskiego) miał zdominować rozgrywki na lata. Nikt we Wrocławiu nie wyobraża sobie, by klub wrócił z Białegostoku bez pucharu. Tym bardziej, że Panthers po raz kolejny w sezonie regularnym legitymowali się najlepszym atakiem oraz obroną odnosząc siedem wygranych w lidze i tylko raz schodzili z boiska pokonani przez… Seahawks. Motywacji do wygranej podopiecznym Nicolasa Johansena na pewno nie zabraknie.
- Podchodzimy z pokorą do rywala, ale skłamałbym mówiąc, że nie wierzymy w zwycięstwo. Mając inne podejście nie warto stawać do rywalizacji. Jesteśmy zdeterminowani i głodni triumfu - najwyższy czas na rewanż. Ostatni raz przegraliśmy właśnie z Gdynią, ale później dwukrotnie ich ograliśmy. Te mecze jednak nie mają już żadnego znaczenia. Liczy się tylko SuperFinał - ocenia Szymon Adamczyk, defensive tackle Panthers Wrocław.
Panthers drogę do finału utorowali sobie pewną wygraną z Warsaw Eagles 28:17. Jedynym mankamentem tamtego pojedynku było wyrzucenie z boiska Josha Alaeze’a oraz Krzysztofa Wisa - dwóch ważnych ogniw wrocławskiej drużyny. W najważniejszym meczu sezonu nie zobaczymy na boisku tylko Polaka, ponieważ w wyniku decyzji Komisji Dyscyplinarnej Amerykanin został dopuszczony do spotkania.
Gdynianie w przeciwieństwie do ich sobotniego przeciwnika prawo gry w finale wywalczyli sobie przez pot i łzy - stylu, który stał się już wizytówką Seahawks. Niejednokrotnie w trakcie sezonu zasadniczego doznawali zaskakujących porażek, brakowało im koncentracji, tracili dużo punktów, lecz gdy dochodziło do rozgrywek posezonowych z każdych tarapatów wychodzili obronną ręką, tak jak w półfinałowym thrillerze z Primacol Lowlanders Białystok. Drużyna z Podlasia prowadziła już 13:0, by ostatecznie ulec rywalom 13:14, po tym, jak Jakub Mazen zdobył przyłożenie na kilkanaście sekund przed końcem spotkania. Lowlanders w historii starć z Jastrzębiami przegrała wszystkie siedem meczów, z czego trzy różnicą trzech i mniej punktów. Zwycięstwa w hitchcockowym wydaniu stały się już domeną Seahawks.
- Śmiejemy się, że naszą klątwą jest wpuszczanie przyłożeń w pierwszej serii ofensywnej rywala. Głównie z tego powodu dochodzi do thrillera, który kończy się jednym czy dwoma przyłożeniami przewagi. Czasem mija sporo czasu, zanim nasza obrona złapie odpowiedni rytm. Popełniamy sporo małych błędów, które wywołują w naszych szeregach nerwowość. Jednak pod koniec meczu wychodzi nasz charakter. Potrafimy grać pod presją, ciężko pracujemy na treningach i w trudnych chwilach potrafimy wywalczyć swoje. Nieważne kto pierwszy zdobędzie punkty, ważne kto będzie mieć ich więcej po ostatnim gwizdku - mówi Wiktor Hudyka, defensive back Seahawks Gdynia.
Czy Jastrzębie sięgną po swoje czwarte mistrzostwo w ciągu ostatnich pięciu lat potwierdzając swoje panowanie w Toplidze? A może Pantery po dwóch niepowodzeniach z rzędu zapiszą w historii klubu pierwszy skalp?
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze