Dziś to już tylko relikty PRL, ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu te urządzenia pomagały ratować życie! Na ulicach Wrocławia wciąż możemy jeszcze spotkać ROP-y, czyli ręczne ostrzegacze pożarowe. Dziś są już nieczynne.
Ręczne ostrzegacze pożarowe były często jedynym sposobem na szybkie wezwanie pomocy. W czasach, gdy nie było jeszcze telefonów komórkowych, a i telefony stacjonarne były tylko w niektórych mieszkaniach, to właśnie te urządzenia pomagały błyskawicznie przekazać strażakom informację, że są pilnie potrzebni.
Jak to działało? Bardzo podobnie jak alarmy, które możemy wciąż spotkać w budynkach użyteczności publicznej. "Zbić szkło. Nacisnąć mocno guzik. Oczekiwać straży pożarnej" - to krótka i prosta instrukcja, zamieszczona na wrocławskich ostrzegaczach. Wciśnięcie guzika uruchamiało alarm w dyżurce straży pożarnej. Na specjalnym pulpicie zapalała się lampka, wskazująca w którym miejscu wezwano pomoc.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze