Nigdy nie sądziłem, że widok defekującego Afrogościa może być przywoływany przy kryzysie w jednej z dwóch największych partii w Polsce. A jednak… Radny wrocławskiego PiS, który był nawet rozważany jako kandydat na prezydenta miasta, przypominając ten obraz, zakomunikował, że ma dość bycia w tym klubie. I już nie chce „podlegać ludziom, którzy po prostu zachowują się w sposób wykraczający poza przyjęte normy społeczne”. Wygląda na to, iż Andrzej Kilijanek właśnie zaczął pisać podanie o wyrzucenie go z partii. A to dlatego, iż jest zbyt doświadczonym politykiem, w przeciwieństwie do niektórych działaczek od Szymona Hołowni, by nie wiedzieć na czym polega ta zabawa. Pytanie tylko w jakim kierunku zmierza ta akcja i do czego (kogo) doprowadzi. Bo kto jeszcze, czyli kto za tym stoi, to oczywiście nie jest żadna tajemnica.
Gdy w kraju trwały dyskusje, czy Marta Nawrocka dobrze dobrała spodnie i spinki do włosów do mężowego krawatu na zaprzysiężenia prezydenta RP, we Wrocławiu dało się usłyszeć trzaski. Pękającego PiS-u.
- Zostaję w tym samym środowisku politycznym, natomiast pod wielkim znakiem zapytania stoi moje członkostwo w klubie – oznajmił na antenie telewizji Echo 24 Andrzej Kilijanek, radny Prawa i Sprawiedliwości. - Chociażby dlatego, że jestem zdania, że skoro już tłumaczymy ludziom, że napływ nielegalnych imigrantów jest zagrożeniem dla Polski, i nasi przedstawiciele nie mogą się zachowywać jak te czarne postacie, te negatywne charaktery nielegalnych imigrantów, czy jak ten Senegalczyk z Katowic, który jest już dzisiaj memem na całą Polskę. I niestety(…), ale ja dołączałem do partii, w której bardzo wpływowy polityk w szczycie swojej popularności, pan Adam Hoffman został wyrzucony z partii za to, że się dobrze bawił w Madrycie i za to, że zrobiono mu tam zdjęcia.
Tu trzeba jednak dodać, że wspomniany Madryt był jednak tylko pretekstem, do usunięcia owego wówczas bardzo wpływowego polityka, który aspirował do bycia najbliższym przybocznym Jarosława Kaczyńskiego.
- W tej chwili na czoło Prawa i Sprawiedliwości w regionie wysuwani są ludzie, którzy po prostu nie mają autorytetu i nie zasługują na to, żeby reprezentować Prawo i Sprawiedliwość – tłumaczył dalej Kilijanek. - To, w którym kierunku zmierza Prawo i Sprawiedliwości, to się dopiero wykreuje, bo mamy zupełnie nowe warunki i tak naprawdę musimy od nowa zaprojektować swoją przyszłość. Prezes Kaczyński jest liderem, na którego warto stawiać i to już udowadnia od 30 lat, natomiast ludzie, którzy rządzą w tej chwili wrocławskimi strukturami zawiedli nasze zaufanie. Ja muszę zdefiniować siebie jako polityka, jako radnego, jestem w tym samym środowisku politycznym, dobrze się w nim czuję, natomiast nie wyobrażam sobie, żeby podlegać ludziom, którzy po prostu zachowują się w sposób wykraczający poza przyjęte normy społeczne.
No to czas zadać prawie hamletowskie pytanie: ale o co chodzi?!
Nie jest tajemnicą, że Andrzejowi Kilijankowi od dawna nie jest po drodze z rządzącymi regionem Anną Zalewską i Elżbietą Witek (kolejność nie jest przypadkowa, choć funkcyjnie wygląda to inaczej), czy Pawłem Hreniakiem i Łukaszem Kasztelowiczem, stojącym na czele wrocławskich struktur. Andrzej Kilijanek to wierny żołnierz posłanki Mirosławy Stachowiak- Różeckiej czy byłego wicemarszałka województwa Marcina Krzyżanowskiego. A co za tym idzie całej frakcji związanej z europosłem Michałem Dworczykiem. I ma prawo czuć się rozczarowanym, gdy w ubiegłym roku partia, rękami obu wspomnianych pań, wbrew oczekiwaniom wytypowała na kandydata na prezydenta Wrocławia Kasztelowicza a nie właśnie Kilijanka.
Tylko co takiego się wydarzyło, że radny zaczął właśnie teraz mówić o swoim ewentualnym odejściu z klubu, bo oficjalnie decyzji jeszcze nie podjął? Przecież Hreniak i Kasztelowicz kompromitują partię już od dłuższego czasu. I w jaki sposób wystąpienie Kilijanka powiązać z ową czynnością fizjologiczną wspomnianego Senegalczyka? Zwłaszcza, że o lokalnych liderach partii mówi, że są to ludzie „wykraczający poza przyjęte normy społeczne”. No bo przecież chyba nie chodzi o sytuację „jeden do jednego”, gdyż straż miejska nie informowała o żadnym podobnym wykroczeniu na przykład w stawie w parku Tołpy czy też w innych wrocławskich zbiornikach wodnych. Zwłaszcza z udziałem działacza PiS.
Ludzie związani z tą wrocławską partią też są lekko zdezorientowani. – To musi być chyba jednak jakaś sprawka obyczajowa, bo przecież Andrzej przypomina sytuację z Adamem – spekuluje jeden z działaczy. Inny chyba coś wie, nawet przekazuje, ale wybaczą Państwo - po pierwsze wiedza to niesprawdzona, poza tym należy do sfery życia, którą nie lubię się zajmować.
Pytanie czy data rozpoczęcia burzy politycznej tylko przypadkowo zbiega się z dniem zaprzysiężenia Karola Nawrockiego? Wygląda, że nie. Pamiętamy, że obie dominujące partie starały się wyciszyć wewnętrzna spory na czas kampanii prezydenckiej, ale właśnie okres ochronny się zakończył na dobre. I nikt Andrzejowi Kilijankowi ani jego politycznym patronom nie zarzuci, że coś zepsuli w kontekście tych arcyważnych dla PiS wyborów.
To co chce osiągnąć Andrzej Kilijanek? Wariantów jest kilka i proszę nie przywiązywać się do kolejności.
Na przykład radny liczy na to, że ów „senegalski” nieobyczajny przypadek zostanie jednak nagłośniony. Prezes się wkurzy i usunie skompromitowanych liderów. Możliwe, tylko niekoniecznie musi zechcieć powierzyć kierownictwo w regionie ludziom, w otoczeniu których znajduje się Andrzej Kilijnaek. Było już kilka momentów, że ponownie szefową struktur mogła zostać Mirosława Stachowiak-Różecka, ale jednak tak się nie stało.
Na ten wariant frakcyjnych starć może wskazywać jeszcze jedno wydarzenie, na które mało kto zwrócił uwagę. Kilka tygodni temu próbowano odwołać Piotra Karwana z funkcji szefa klubu PiS, ale w Sejmiku Województwa Dolnośląskiego. A nie jest tajemnicą, że Karwan należy do drużyny Elżbiety Witek. Akcja się nie udała, bo doszło do jakiś zawirowań proceduralnych. Nie można jednak zapominać, że w klubie tym przecież działa pierwszy przyboczny Stachowiak - Różeckiej Marcin Krzyżanowski. Zresztą jako były wicemarszałek województwa wydawał się nawet naturalnym kandydatem na szefa klubu…
Może Andrzej Kilijanek doszedł do wniosku, że nie zmienia poglądów, ale trzeba pójść inną drogą, bo ta jednak, jak nauczyło go już nie takie małe doświadczenie, donikąd nie prowadzi, a tempus fugit. Ale, że bez swojego najbliższego otoczenia? W to najmniej wierzę. Pamiętajmy jednak, że od miesięcy w PiS mówiło się o rozłamie. Że Mateusz Morawiecki, a z nim Michał Dworczyk, chce zbudować swoje zaplecze. Tu tych wariantów nowych otwarć jest jeszcze kilka...
Jakiś czas temu podczas posiedzenia Rady Miejskiej pojawił się Dawid Jackiewicz. Były lider wrocławskiego PiS, były minister w rządzie Beaty Szydło, który z partii odszedł w tym samym czasie co wspomniany Adam Hofman. Zresztą obaj panowie blisko ze sobą współpracowali i Jackiewicz musiał odejść w trochę podobnych okolicznościach, choć też wcale nie chodziło o jakąś jedną wycieczkę.
W każdym razie Jackiewicz próbuje wrócić do polityki. Chciał tworzyć jakąś partię, a nawet próbował startować w wyborach na prezydenta RP, ale mu nie wyszło. Po co przyszedł do ratusza? Podobno przywitał się ze swoim dawnymi kolegami, tylko rzekomo Kilijanek go ominął. Maskują się? Niczego ponownie wykluczyć nie można, ale przecież gdyby Jackiewicz chciał tylko porozmawiać z dawnymi znajomymi, to zapewne jest tysiąc lepszych miejsc na takie towarzyskie spotkania. Chciał się pokazać, by wysłać jakiś sygnał.
Nie mogło zabraknąć sugestii, że Kilijanek przejdzie do Konfederacji. Teoretycznie naturalna droga, ale jednak niekoniecznie. W tym konkretnym przypadku chyba nie ten temperament. Wydaje się, że o krok za daleko w prawo. Przecież, jak kilka lat temu wyznał w rozmowie, na początku swojej politycznej drogi wahał się czy PO czy PiS, ponieważ „zarówno PO i PiS, w tej warstwie deklaratywnej, były bardzo zbliżone. Zrezygnowałem z Platformy, ponieważ akurat wtedy była ona obciążona już wieloma porażkami i niespełnionymi obietnicami, które zaliczyła jako ekipa rządząca”.
Poza tym, Konfederacja, po niezłym wyniku Sławomira Mentzena w wyborach prezydenckich, nie potrafi się chyba odnaleźć w tej nowej dla siebie rzeczywistości politycznej. Trochę zachowują się jak miss powiatu sieradzkiego ( z całym szacunkiem dla ziemi znajdującej się już w tytulaturze Władysława Łokietka), która nie może doczekać się aż zadzwonią do niej z Hollywood.
No i tak można by jeszcze trochę pospekulować, ale po raz kolejny trzeba zadać to pytanie: quo vadis Andrzeju Kilijanku?
Na pewno z PiS-u, bo trudno sobie wyobrazić, by po takich słowach jeszcze został w tej partii. Nawet jeżeli sam z niej nie wystąpi, to Paweł Hreniak, szef wrocławskich struktur i Łukasz Kasztelowicz, szef klubu radnych, nie mają innego wyjścia niż sami pożegnać działacza, który nie wyobraża sobie z nimi dalszej współpracy.
Zresztą chyba tak to sobie zaplanował sam zainteresowany, który już od lat wydaje się bytem samoistnym w strukturze klubu PiS. Podczas licznych dyskusji w Radzie Miejskiej zawsze mogliśmy usłyszeć opinię klubu i opinię Kilijanka.
Bardzo różnie można oceniać działania radnego, ale na pewno zawsze wiedział co robi. I wie na czym polega polityka. Choćby w przeciwieństwie do niektórych działaczy Polski 2050 jak dolnośląska posłanka Aleksandra Leo, która ostatnio rozczarowana tym, że jej partyjna koleżanka podwędził stanowisko ministra kultury, wyznała:
- Okazuje się, że bardzo często tym przeciwnikiem czy wrogiem (dla kobiety w polityce – red) jest nie mężczyzna, z którym trzeba walczyć o to miejsce, a jednak kobieta. Dla mnie w polityce tego siostrzeństwa jednak często brakuje – powiedziała.
Że się jeszcze nie nauczyła. Przecież nie pierwszy raz to „siostrzeństwo” nie zadziałało, bo rok temu, przy ustalaniu układu powyborczych sił w sejmiku, przeciwnikiem Leo okazała się też kobieta - posłanka Izabela Bodnar, która zresztą już odeszła od Szymona Hołowni i teraz zajmuje się pisaniem laurek dla Donalda Tuska, by ten ją przygarnął.
I akurat tego jednego jestem pewien. Andrzej Kilijanek nie liczy na żadne „siostrzeństwo” ani braterstwo, tylko na konkretne rozwiązania polityczne, które pokażą czy jeszcze jest sens, by tkwił w polityce. Lub tylko w PiS. A owe „zachowania wykraczające poza przyjęte normy społeczne”, to jedynie iskierka, która zapalił lont. Teraz już wybuchnie…
Pytanie tylko, kto po tym wybuchu – Andrzej Kilijanek i drużyna czy Paweł Hreniak z patronkami – będą musieli zaśpiewać słowa, które w części na pożegnanie przytoczyła Agata Kornhauser-Duda, żona ustąpującego prezydenta:
A po co, a po co tak dłubie i dłubie,
a za co, a za co tak myśli i skubie
i tak się przykłada i mówi z ekranu
i bredzi latami wieczorem i rano.
To już jest koniec, nie ma już nic…
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze