O zawiedzionych nadziejach i miłości, która staje się obsesją i chorobą opowiada „Tirza” w reżyserii Pawła Miśkiewicza. To niepokojący spektakl z wybitną rolą Jerzego Senatora. Obok tego przedstawienia trudno przejść obojętnie.
– Po raz pierwszy w mojej karierze zrobiłem thriller psychologiczny o trudzie bycia rodzicem i dobrym człowiekiem; szczególnie w czasach pandemii, ale to tylko wierzchołek góry lodowej jakim jest cała nasza rzeczywistość – zakłamana, zmuszająca nas do kompromisów i rezygnacji ze swoich marzeń – mówi Paweł Miśkiewicz, reżyser „Tirzy”.
Nowe przedstawienie Wrocławskiego Teatru Współczesnego to faktycznie dramat psychologiczny z elementami thrillera, który trzyma w napięciu niczym oscarowy film „Ojciec”. Siłą zarówno zainspirowanego słynnym spektaklem filmu jak i adaptacji powieści Arnona Grunberga są kreacje aktorskie – odpowiednio Anthony’go Hopkinsa i Jerzego Senatora. To aktorzy z najwyżej półki, których wyrazy twarzy mówią bardzo wiele. Grani przez nich bohaterowie z jednej strony bywają przerażający, ale potrafią także wzbudzić współczucie i muszę przyznać, że właśnie to fascynuje mnie w filmach, serialach czy przedstawieniach.
Odnoszę wrażenie, że najważniejsze rzeczy w tym przedstawieniu rozgrywają się w głowach i oczach bohaterów oraz bohaterek – nie tylko Jerzego Senatora, ale także Marii Kani, Eweliny Paszke-Lowitzsch, Jolanty Solarz-Szwed, Miłosza Pietruskiego i Melanii Kowalczyk.
„Tirza” to wytrącający z równowagi spektakl o toksycznej rodzinie i skomplikowanych relacjach między ojcem a córką (w tej roli świetna Maria Kania). To także niepokojąca opowieść o świecie po 11 września. Jak mówi jedna z bohaterek: „Teraz wszystko się ze sobą łączy (…). Kiedy ktoś na jednym kontynencie kaszle, to drugi kontynent dostaje przeziębienia”.
Dla głównego bohatera język jest – cytując literacki pierwowzór – „przede wszystkim środkiem do okrążania ludzi, przypierania ich do muru, pozbawienia ostatniej drogi ucieczki. Język, jedna wielka próba upokorzenia”. Tę drogę znakomicie pokazano w spektaklu Wrocławskiego Teatru Współczesnego.
Podziwiam sposób, w jaki twórcy przełożyli książkę Arnona Grunberga na język teatru. Rezultatem jest niepokojące przedstawienie o obsesji, która podsyca problemy, zamiast je rozwiązać i rodzi przez to wielką, niekończącą się wściekłość.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze