To na razie najbardziej tajemniczy kandydat na prezydenta RP. No może oprócz Krzysztofa Stanowskiego. Ale ten drugi chociaż dobrze się bawi. Natomiast o co chodzi Dawidowi Jackiewiczowi, wie chyba on sam lub ci, którzy go wystawili. Tylko kim są „oni”? Bo chyba nie dawni koledzy od rzeźbienia w lodzie… Ale może tacy kandydaci są potrzebni, abyśmy nie zwariowali od festiwali obietnic dwóch głównych faworytów, którzy robią z siebie i z nas pośmiewisko zapominając, że walczą jedynie o „prestiż, zaszczyt, żyrandol, pałac i weto".
Po pierwsze chciałem zaprotestować, ponieważ w niedawnym czasie byłem zagadnięty o podpis pod poparciem przez komitety dwóch kandydatów na prezydenta i jedną drużynę, która chce odwołać prezydenta. Na jednego człowieka to naprawdę za dużo, zwłaszcza, że przez to zapomniałem, co miałem kupić i chcąc nie chcąc musiałem zadzwonić do żony. A żony nie lubią „jak dwóch rzeczy na krzyż nie potrafisz zapamiętać”.
Tych może nie, natomiast pamiętam kim był przez ostatnie lata Dawid Jackiewicz. Młody polityk, który w 2002 roku był nawet za młody, aby zostać zastępcą Rafała Dutkiewicza. Jednak w końcu prawnicy jakoś tak zakręcili, że udało się uzyskać tę nominację dla człowieka, o którym w mieście nie za dużo wiedziano oprócz tego, że podobno zajmował się rzeźbami w lodzie. Ale jak miał 29 lat, to czym miał się zajmować? Zwłaszcza, że to był start do nieźle zapowiadającej się kariery. Posłowanie, Europarlament, posada ministra, którą zakończył w atmosferze skandalu. Ale już wcześniej nie zawsze szło mu gładko. W 2010 roku postanowił zostać prezydentem Wrocławia startując przeciwko swojemu niedawnemu szefowi. Z miernym skutkiem, ponieważ uplasował się na trzeciej pozycji, za Rafałem Dutkiewiczem i Sławomirem Piechotą. Jednej setnej zabrakło Jackiewiczowi do dwucyfrowego wyniku, ponieważ uzyskał poparcie 9, 99 procenta wyborców. 19 500 głosów wrocławian to nie jest kapitał, by wybierać się na wyścig o prezydenta Polski. Wiem, to było dawno temu, tylko dawno temu to Dawid Jackiewicz był nawet postacią popularną, teraz pamiętają o nim tylko nieco bardziej wytrawni obserwatorzy sceny politycznej… Więc o co kaman? To trochę podobnie jak niedawno z Szymonem Hołownią, który nie mając żadnego zaplecza, też postanowił odważnie wkroczyć do polityki. Z programu rozrywkowego to jednak łatwiej. A do dziś krążą pogłoski jaki kapitał za tym pomysłem stał, od mocno biznesowego po mocno śmieciowo-biznesowy.
Dawid Jackiewicz też oczywiście ma majętnych znajomych, z którym przez lata współpracował z ramienia Prawa i Sprawiedliwości, którzy, podobnie jak i on, z tą partią się pożegnali. Że tylko wspomnę Adama Hofmana czy Roberta Pietryszyna, a są i mocniejsze nazwiska. Tylko to wydaje się zbyt proste wytłumaczenie. Ma jakoś wspomóc prawicę w tym wyścigu, powodując rozdrobnienie (czytaj: odsunięcie od Rafała Trzaskowskiego) niezdecydowanych? To ewentualnie miałoby sens przy Stanowskim, choć i tam chyba jednak o coś innego idzie, ale przy Jackiewiczu?
To nadal wygląda na jakiś szaleńczy pomysł zagubionego polityka. Proszę, oto dowód. Kilka dni po tym jak ogłosił chęć startu, zamieścił taki wpis o swojej działalności:
„Wejdź na stronę, pobierz kartę, zbierz podpisy w rodzinie i wśród najbliższych. Wyślij je na wskazany adres lub napisz w wiadomości prywatnej, odbiorę je osobiście”.
Osobiście? Zaczyna pachnieć akwizycją jakiegoś odkurzacza nowej generacji…
Oczywiście pojawiają się spekulacje, że w ten sposób chce wrócić tylko do lokalnej polityki, ponieważ na jego start do rady miejskiej w ostatnich wyborach samorządowych z list PiS-u nie zgodził się prezes Jarosław Kaczyński.
Wśród wielu pogłosek słyszałem, że jest lub był nawet przymierzany do różnych stanowisk w mieście, włącznie z prezesurą Śląska Wrocław. Wokół tego klubu jest tyle spekulacji, że były minister skarbu na pewno bardziej by się nie skompromitował niż inni. A jeszcze ma kilku majętnych kolegów…
No i chyba bardziej by się nie skompromitował podczas ewentualnej kampanii wyborczej, a nie wierzę, że w niej na poważnie wystartuje, niż obecni liderzy rankingów.
Tu jak wiadomo z jednej strony mamy Rafała Trzaskowskiego, któremu koledzy z partii pomagają za wszelką cenę, starając się do maja postawić jakiekolwiek zarzuty wszystkim członkom Prawa i Sprawiedliwości. Zgotowali sobie tylko taki problem, że teraz nie wiadomo już, który sędzia może wydawać wyroki, a który nie, bo to zależy kto którego mianował. Pewnie i to samo będzie z prokuratorami. A sprytni adwokaci to wykorzystują i podobno coraz więcej przestępców już liczy dni do odzyskania wolności…
A z drugiej strony „niezależny” Karol Nawrockim, którego koledzy z Prawa i Sprawiedliwości postanowili ogłosić, że w kraju mamy właściwie zamach stanu czy jakąś inną tego typu anomalię. Ale zrobili to w taki sposób, że nawet najbardziej żelazny elektorat nie do końca wie, kto na kogo się zamachnął.
Sami kandydaci natomiast starają się wmówić swoim wyborcom, że ubiegają się o urząd wszechmocnego władcy, którego kompetencje są nawet o wiele większe niż te jakie miał prezydent według konstytucji kwietniowej z 1935 roku. Na jej mocy wprowadzono wtedy w Polsce system prezydencki o charakterze autorytarnym.
I na przykład taki Karol Nawrocki ogłasza, że skróci kolejki do lekarza czy pootwiera pozamykane kopalnie, bo węglem to on się prawie żywi... No oczywiście… Zwłaszcza, że ten węgiel to ma i lekarskie zastosowanie na pewne dolegliwości.
A goszczący ostatnio w Legnicy Rafał Trzaskowski obiecał, że jak tylko pójdzie do pracy jako prezydent to pierwsze co zrobi to Zamek Piastowski wpisze na listę pomników historii. No i oczywiście obniży podatek miedziowy, choć podobno później koledzy mu podpowiedzieli, że to co chce obniżyć to podatek od kopalin. No będzie to pierwszy prezydent od czasów Bolesława Bieruta, który zdecyduje o podatkach.
Szkoda tylko, że obaj panowie, a zwłaszcza Rafał Trzaskowski, bo bliżej mu politycznie, zapominają co w 2010 roku o urzędzie prezydenta powiedział niejaki Donald Tusk:
„Po tym jak nowy prezydent mówi słowa przysięgi, jest tylko prestiż, zaszczyt, żyrandol, pałac i weto".
Gdy tak sobie patrzę na to, co się od pewnego czasu dzieje w naszym kraju, to stan naszego państwa wygląda nieco jak sytuacja w mieszkaniu porucznika Lukasza, o które dbał szeregowy Szwejk:
„Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że wszystko jest w porządku, tylko kot jest gałgan i zeżarł kanarka”. A kilka dni później: „Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że kota już pan nie ma. Zeżarł pastę do butów i pozwolił sobie zdechnąć. Wrzuciłem go do piwnicy, ale do sąsiedniej”.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.