Reklama

Wrocławska dziennikarka musiała zginąć, bo za bardzo kochała? Była przeszkodą…

31/05/2025 07:20

Gdy się poznali, ona miał męża, a on żonę. Ale dla wielkiej miłości to nie była żadna przeszkoda. Zwłaszcza, że bardzo szybko się okazało, że niedługo na świat przyjdzie wielki owoc tej miłości. Właśnie zaczęli wić swoje gniazdko na wrocławskiej Różance. Wszystko się skończyło, gdy w poniedziałkowe popołudnie znalazł ją martwą w łazience. Leżała naga w wannie, w czerwonej wodzie, przykryta poduszką...


Martynika, 25-letnia dziennikarka wrocławskiego ośrodka Telewizji Polskiej,  poznała realizatora Jana podczas przygotowywania programu dla dzieci. On był żonaty i miał dwójkę dzieci w wieku 8 i 14 lat. I był starszy o 13 lat. Ona też była mężatką. Drogi Jana i Martyniki często przecinały się w pracy, spędzali ze sobą coraz więcej czasu. Para nie kryła się ze swoim uczuciem, w pracy każdy wiedział, co ich łączy.

Martynika bardzo zaangażowała się w ten związek. W listach do znajomych pisała, że "ma fioła na jego punkcie i czuje, że on bardzo ją kocha". Zakochali się w sobie, a dość szybko okazało się, że kobieta zaszła w ciążę. Podjęła decyzję o rozwodzie, który udało się załatwić bez przeszkód. Jan także obiecywał zakończyć swoje małżeństwo, ale tłumaczył, że rozstanie z żoną, ze względu na dzieci, będzie nieco trudniejsze.

Reklama

Kobieta uważała jednak, że wszystko układa się po jej myśli. Para zamieszkuje razem przy ulicy Macedońskiej we Wrocławiu i przygotowuje mieszkanie na narodziny dziecka.  

- Lipiec, lato, wakacje. Bosko. Sarkazm nieuzasadniony, bo nie jest źle. Tylko że jest, kurwa, noc, siedzę w kuchni i pierdolca dostaję. Chodzi o to, że Jaś przewozi meble z Łodzi do mieszkania, do którego się przeprowadzamy. Nie wiem, czy dojechał. Fioła tu dostaję. On nigdy do mnie nie dzwoni, jak wyjeżdża. Mam fioła na punkcie Jasia. Jest dla mnie bardzo dobry. To brzmi jak z elementarza. Czuję się przy nim jak w pierwszej klasie uczuć. Nie wiem, o co chodzi, nie potrafię tego nazwać. Czuję, że bardzo mnie kocha. Mówi mi - wymyślaj imię dla dziecka, chciałabym dziewczynkę - pisała w liście do koleżanki.

Reklama

Ale Jan nie zawsze nocował w ich mieszkaniu. W poniedziałek powiadomił rodziców Martyniki, że nie było jej w telewizji, że się niepokoi... Pojechali razem na Macedońską. Wyważyli drzwi. Jan wchodził do kuchni, do pokoju, do następnego, na koniec wszedł do łazienki. – Jest! - krzyknął i zamknął drzwi. Nie chciał wpuścić matki. Ta go odepchnęła. Martynika leżała naga w wannie przykryta poduszką.  Matka dziewczyny krzyknęła do niego: "Ty bandyto, zabiłeś mi dziecko!". Był 30 lipca 1990 roku.

W oględzinach lekarskich zapisano: "Wodna rozedma płuc od utonięcia, ciąża VIII miesiąc, płód płci męskiej, prawidłowo rozwinięty, uduszenie wewnątrzmaciczne po śmierci matki". Prawdopodobnie zginęła z piątku na sobotę.

Reklama

Jan dość szybko został zatrzymany. Nie przyznał się do morderstwa. Stwierdził tylko, że ostatni raz widział Martynikę w piątek o godzinie 15, gdy przyniosła mu kanapki do pracy. Następnie miała wyjechać do koleżanki. Zeznał także, że w sobotę pojechał pod ich mieszkanie, by sprawdzić, czy kobieta nie wróciła wcześniej. W mieszkaniu paliło się światło, ale nikt nie otwierał. Uznał, że śpi. W poniedziałek ponownie przybył pod drzwi mieszkania, znalazł w nich kartkę od koleżanki Martyniki z prośbą o kontakt. Zaniepokojony zaczął jej szukać. 

Namawiany przez policjantów zmienił jednak zeznanie: "O drugiej nad ranem skończyłem pracę, pojechałem do Martyniki. Zjedliśmy kolację, wykąpałem się i położyłem. Słyszałem, jak napuszcza sobie świeżej wody. Nie wiem, jak długo spałem. Usłyszałem stukot. Wstałem. Martynika leżała w wannie, nie ruszała się. Złapałem ją za ręce, próbowałem wyciągnąć. Była bezwładna, wyśliznęła mi się z rąk, wpadła z powrotem do wanny. Złapałem ją oburącz za szyję, usiłując wyjąć nad wodę. Uderzyłem ją po twarzy. Wszedłem do wanny, podniosłem z wody do pasa, przyłożyłem ucho do serca. Nie oddychała już. Przestraszyłem się, wyskoczyłem z wanny. Wpadła do niej poduszka, która suszyła się na sznurku - potrąciłem ją głową. Nie wiem, jak długo byłem w mieszkaniu na Macedońskiej. Jechałem autem przez most Osobowicki. Zwolniłem, klucze od mieszkania wyrzuciłem do Odry. Trafiłem do domu. Żona obudziła się, gdy wszedłem. Powiedziałem jej, że zasnąłem w pracy. Położyłem się".

Reklama

Policja badając ślady popełniła kilka rażących błędów, m.in. ubrania ofiary oddała rodzinie i wypuściła wodę z wanny, w której leżało ciało. Woda była zabarwiona krwią, a na ciele ofiary nie było rany, mogła być to zatem krew sprawcy. Tego się już nie dowiemy. Wiadomo natomiast, że Martynika przed śmiercią była bita i duszona, a gdy trafiła do wanny, wciąż żyła. 

Podczas śledztwa okazało się też, że żona Jana dopiero po morderstwie dowiedziała się o jego romansie i planach rozwodowych.

- Ten człowiek żył podwójnie: mąż i ojciec oraz kobieciarz, wiem, że z jedną ze swoich kochanek rozstał się, gdy zachorowała – mówił przed laty w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” mecenas Andrzej Malicki, który w procesie był pełnomocnikiem rodziców Martyniki. - Obiecankami budował Martynice fikcyjny świat, a potem, ratując siebie, zniszczył dwa życia. Tak, nie było dowodów bezpośrednich, jedynie poszlaki, ale jeśli nie on, to kto? Nie było żadnych innych tropów.

Reklama

13 marca 1991 roku sąd wydał wyrok: 25 lat pozbawienia wolności i 10 lat pozbawienia praw publicznych. W grudniu 2001 roku Jana ułaskawił prezydent Aleksander Kwaśniewski.

- Jako pełnomocnik rodziców na pewno nie mogę oceniać procesu czy wyroku sądu – mówi dziś w rozmowie z portalem TuWroclaw.com mecenas Andrzej Malicki. – Proces był poszlakowy i sędzia miał arcytrudne zadanie, by przy szczegółowej analizie zebranego materiału podjąć decyzję. Ale takie decyzje są zawsze skrupulatnie udokumentowane. W tym wypadku zdecydował motyw. Oczywiście kilka innych osób też go miało. Jednak oskarżony został przez specjalistę uznany za typ neurotyczny. A neurotycy w swej naturze mają usuwanie przeszkód ze swojej drogi. Martynika była dla niego taką przeszkodą. W jego życiu z żoną czy dziećmi. Neurotyk usuwa przeszkody nie patrząc na inne uwarunkowania. Mógł zabić, więc zabił…

Reklama

W 2006 roku na kanwie tej historii Wiesław Saniewski nakręcił "Bezmiar sprawiedliwości".

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 31/05/2025 07:20
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Qutass 2025-05-31 08:17:41

    ona miał męża, a on żonę.... Ach to dzisiejsze dziennikarstwo. Ciekawe czy w telewizji też się tak bzykają po kontach

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo tuWroclaw.com




Reklama
Najnowsze wiadomości