Reklama

Z kibicami przed bramami na Oporowskiej Śląsk pokonał GKS Bełchatów 4:2

14/05/2011 00:00

Piłkarze Śląska Wrocław zrobili prezent swoim kibicom, którzy dopingowali ich chóralnymi śpiewami sprzed bramy wejściowej i górki Pafawag, i zwyciężyli GKS Bełchatów 4:2 po golach Sebastiana Mili, Tomasza Szewczuka i dwóch trafieniach Christiana Omara Diaza.

Kibiców na trybunach zabrakło, ponieważ wojewoda dolnośląski zakazał wpuszczać ich na stadion, bo o zamknięcie stadionu przy ul. Oporowskiej dla nich wnioskowała policja. Ale fani Śląska i tak pojawili się na Oporowskiej i w pobliżu stadionu. Pod bramą wejściową do obiektu i na górce Pafawagu pojawiło się ich ponad pięciuset. Przez cały mecz zachowywali się wzorowo i wspierali swoich piłkarzy głośnym śpiewem.



W poprzednich meczach sporo dobrej roboty dla Ślaska wykonywał, gdy już pojawił się na murawie w drugiej połowie, dynamiczny Waldemar Sobota. Teraz jednak dynamiczny skrzydłowy zagrać nie mógł, bo przeszkodziła mu kontuzja. I wiadomo było, że tym razem manewru z nękaniem podmęczonych rywali szybkim Sobotą powtórzyć się nie uda. I można było mieć pewne obawy o siłę ofensywną drużyny Oresta Lenczyka w tym meczu.



Wrocławianie szybko postarali się jednak o to, zapewnić sobie w tym meczu pewien komfort. Już w 11. minucie gry Sebastian Mila posłał piłkę do siatki bełchatowian z “jedenastki”, podyktowanej po tym, gdy Marcin Drzymont próbował w typowo "piłkarski" sposób odbić ręką dośrodkowanie Łukasza Madeja w polu karnym. Ale nie było im dane długo cieszyć się przewagą, bo trzy minuty później świetnym podaniem popisał się Grzegorz Fonfara, a Marcin Żewłakow tylko głowę przyłożył i pokonał bezradnego Mariana Kelemena.



Normalnie w takiej sytuacji Śląsk postawiłby swoje „tradycyjne zasieki” czy, jak mawia trener wrocławian Orest Lenczyk, autobus przegubowy przed bramką. Jednak w pierwszej odsłonie defensywa gospodarzy nie działała tak jak trzeba. Drużynie brakowało też zdecydowania w ofensywie. Efekt? Goście coraz śmielej poczynali sobie w środkowej strefie boiska, mieli też więcej z gry. I postarali się o drugiego gola, którego strzelcem w 39. minucie Dawid Nowak. A niewiele brakowało, by snajper z Bełchatowa ustrzelił jeszcze jednego gola, ale sędzia Robert Małek nie docenił walorów artystycznych jego efektownego padu w polu karnym i na przysłowiowe wapno nie wskazał. Ale na przerwę bełchatowianie i tak schodzili, prowadząc. I wcale nie było oczywiste, czy Śląsk utrzyma miejsce na ligowym podium.





Trener Lenczyk po przerwie udowodnił, że bez pudła zasługuje na swój pseudonim Oro Profesoro. Nastroił zespół mocno ofensywnie, wypuszczając do boju Cristiana Omara Diaza i Piotra Ćwieloga i przemeblował gruntownie defensywę, ściągając z murawy Amira Spahicia, przesuwając na prawą obronę Marka Gancarczyka, a na lewą Tadeusza Sochę. Efekty tych zmian okazały się dla bełchatowian zabójcze.



Nie wiemy dokładnie co powiedział swoim graczom w szatni trener WKS, ale po gwizdku jego piłkarze w niczym nie przypominali samych siebie sprzed przerwy. Byli bardziej agresywni, grali dokładniej i dużo ładniej. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Najpierw dośrodkowanie w pole karne na pierwszego gola w tym sezonie zamienił Tomasz Szewczuk, a później szkolny błąd obrońców Bełchatowa, którzy nie potrafili podać do siebie dokładnie na kilku metrach, z zimną krwią wykorzystał Christian Omar Diaz.



W następnych minutach Śląsk grał bardziej niż poprawnie. Kontrolował tempo gry, umiejętnie się bronił, dusił ataki GKS-u w zarodku. Inna sprawa, że bełchatowianie nie za bardzo wiedzieli, jak chcą przełamać obronę wrocławskiej jedenastki. W ich poczynaniach nie było widać pomysłu, raczej przypadkowe próby. Z którymi Śląsk radził sobie bez problemu, przy okazji groźnie kontratakując.



W doliczonym czasie gry Śląskowi udało się ostatecznie dobić rywala.Wrocławianie przeprowadzili wzorową kontrę, Ćwielong dograł do Diaza, a Argentyńczyk mógł pytać bramkarza GKS, w który róg bramki mu strzelić. Ostatecznie jednak puścił piłkę między nogami Łukasza Sapeli i znów wpisał się na listę strzelców. Po czym tak się ucieszył, że ściągnął koszulkę i... wyleciał z boiska z czerwoną kartką. Bo dostał drugie "żółtko" w ciągu dwóch minut, pierwsze zarobił w równie racjonalny sposób, za przeszkadzanie rywalom we wznowieniu gry.



Przed Śląskiem Wrocław jeszcze trzy kroki i mogą to być kroki w dziejach klubu milowe. Wrocławianie mają już 43 pkt.,a dzięki wygranej z GKS Bełchatów utrzymali drugie miejsce w lidze. Mało tego, dzięki remisom Jagiellonii Białystok i Lechii Gdańsk Śląsk na podium jeszcze mocniej się okopał, bo nad gdańską ekipą ma już trzy "oczka" przewagi. A teraz przed wrocławianami dwa mecze wyjazdowe (które w tym roku wrocławianom wychodzą całkiem nieźle) z Górnikiem Zabrze i Ruchem Chorzów, a na koniec czeka ich potyczka z rozbitą praktycznie Arką Gdynia.



Więcej nie napiszemy. Żeby nie zapeszać.



Śląsk Wrocław - GKS Bełchatów 4:2 (1:2)


Bramki: Mila (11. - karny), Szewczuk (51.), Diaz (52., 90.) - Żewłakow (14.), Nowak (39.).



Śląsk Wrocław: Kelemen - Socha, Celeban, Pawelec, Spahić (46. Ćwielong) - M. Gancarczyk, Elsner, Łukasiewicz, Mila, Madej (46. Diaz ) - Szewczuk (75. Sztylka).


GKS Bełchatów: Sapela - Fonfara, Drzymont, Lacić, Popek (59. Małkowski) - Nowak, Cetnarski (71. Kuświk), Mysiak, Komołow (76. Zawodziński), Marcus Vinicicius - Marcin Żewłakow.



Żółte kartki: Gancarczyk, Diaz - Drzymont, Cetnarski, Mysiak, Popek.


Sędzia: Robert Małek (Zabrze).


Mecz bez udziału publiczności.








Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo tuWroclaw.com




Reklama
Najnowsze wiadomości