Miała zachwycać tysiące zwiedzających Wystawę Ziem Odzyskanych, ale jeszcze przed oficjalnym otwarciem pokonała ją pogoda. Lustrzana konstrukcja na szczycie Iglicy została uszkodzona przez burzę i zamieniła się w zagrożenie wiszące nad głowami przechodniów. Wtedy do Wrocławia przyjechali dwaj studenci, którzy postanowili zrobić coś, czego nie był w stanie zrobić żaden dźwig.
Latem 1948 roku, z okazji hucznej Wystawy Ziem Odzyskanych, przed Halą Ludową (dzisiejszą Stulecia) stanęła potężna, ważąca kilkadziesiąt ton Iglica. Stanisław Hempel zaprojektował ją tak, by imponowała wysokością – miała aż 106 metrów.
Na samym czubku zamontowano nietypową koronę z lustrami, które nocą miały odbijać światło reflektorów, tworząc spektakularną iluminację. Sukces propagandowy był ogromny, ale sielanka nie trwała długo.
Jeszcze przed oficjalnym otwarciem Wystawy Ziem Odzyskanych nad Wrocławiem przeszła potężna burza. Konstrukcja wytrzymała, ale zamontowane na szczycie lustra zostały zmasakrowane. Elementy popękały, wygięły się i zawisły na wysokości stu metrów niczym gilotyna. Każdy silniejszy podmuch wiatru groził tym, że stalowe i szklane szczątki runą na spacerujących poniżej ludzi. Sytuacja była patowa, bo żaden polski dźwig nie sięgał nawet do połowy Iglicy.
Władze były zdesperowane. Rozważano nawet położenie całej konstrukcji na ziemię, co wiązałoby się z ogromnymi kosztami i wizerunkową porażką. Wtedy w stolicy Dolnego Śląska pojawiło się dwóch młodych taterników i studentów z Krakowa: Wojciech Niedziałek oraz Zbigniew Jaworowski.
Plan był prosty, ale z perspektywy przeciętnego człowieka – samobójczy. Postanowili wejść na sam szczyt, używając technik wspinaczkowych, i ręcznie odciąć uszkodzoną konstrukcję.
Akcja rozpoczęła się w październiku 1948 roku. Pogoda była fatalna, a porywisty wiatr sprawiał, że wierzchołek Iglicy odchylał się od pionu o cztery metry. Wspinaczka nie przypominała dzisiejszych standardów bezpieczeństwa. Śmiałkowie przesuwali się w górę za pomocą specjalnych, stalowych obejm, które zaciskali wokół gładkiego, zwężającego się masztu. Centymetr po centymetrze, stopa za stopą. Na górę wciągnięto im wodę, leki na serce i bułki. O bardziej przyziemnych potrzebach kroniki milczą.
Gdy po kilku godzinach morderczego wysiłku dotarli na szczyt, zaczął się najtrudniejszy etap. Wisząc nad przepaścią, w przejmującym mrozie, musieli ręcznie usunąć uszkodzone elementy. Z powodu potwornego zimna i wiatru akcja drastycznie się przedłużyła, dlatego wspinacze spędzili na wąskiej, chwiejącej się konstrukcji blisko dobę. Na dole zamarł cały Wrocław – tysiące ludzi z zapartym tchem obserwowało małe, ledwo widoczne punkciki na tle nieba.
Ostatecznie, po godzinach walki z oporną stalą i własnym ciałem, Niedziałek i Jaworowski odcięli zagrożenie. Uszkodzone koło runęło bezpiecznie na ziemię, a skostniali z zimna wspinacze zeszli na dół jako bohaterowie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze