Przyjrzyjmy się przez chwilę owadom zapylającym. Tym, co robią dla środowiska i dla nas. I temu, co my robimy dla nich. Nie będzie to dobry bilans, a i wnioski z niego płynące również nie będą nastrajały optymistycznie. Poszukajmy też, mówiąc poetycko, iskierki nadziei, bo i na takową jest szansa.
Jeśli powiemy, że to dzięki nim ludzie mogą żyć i rozwijać się, to wcale nie będzie w tym wielkiej przesady. Szacuje się przecież, że co trzecia łyżka jedzenia jaką spożywamy zależy właśnie od zapylacze – pośrednio lub bezpośrednio. Czemu tak się dzieje? Otóż około 80%, czyli większość, roślin na Ziemi wymaga zapylenia, by móc zawiązać owoce czy nasiona. Wiele z nich trafia na nasze stoły albo służy jako pasza dla zwierząt. Spróbujmy sobie wyobrazić świat, z którego nagle znikają motyle, muchówki, chrząszcze czy oczywiście najbardziej znane z owadów zapylających – pszczoły. Ekolodzy, politycy i ekonomiści przewidują, że spowodowałoby to załamanie się gospodarki żywnościowej, głód na skalę światową, prowadzący do rozruchów, migracji, wojen, zgonów.
Tymczasem świadomość roli zapylaczy wcale nie jest powszechna. Od lat prasę obiegają informacje o spadku populacji owadów, jednak nadal nie udało się jej zatrzymać.
Rozwój cywilizacyjny człowieka oznacza, że cały czas spada ilość ziemi w stanie naturalnym, porośnięta roślinnością nieuprawną. Prowadzi to do wymierania wielu gatunków zwierząt, w tym również oczywiście owadów. Tereny przeznaczone dla produkcji rolnej z jednej strony dostarczają schronienia owadom, jak również pyłku czy nektaru, służących jako ich pożywienie czy pożytek do produkcji miodu przez pszczoły. Jednak homogeniczność (jednolitość) upraw sprawia, że tylko część owadów może z nich korzystać, potrzebują bowiem środowisk o większej bioróżnorodności. Dodatkowo masowe uprawy roślinne oznaczają równie masowe stosowanie środków ochrony – herbicydów, fungicydów, insektycydów, za których sprawą giną niezliczone ilości „niepotrzebnych” chwastów i „szkodliwych” owadów.
O tym, co można zrobić, by zahamować spadek populacji owadów, debatują naukowcy całego świata. Proponują różne środki i metody – jedne dopasowane do możliwości przysłowiowego Kowalskiego, inne mające objąć całe kraje i kontynenty. Ochrona naturalnych siedlisk owadów, odtworzenie ekosystemów czy zmiany w sposobie używania pestycydów w gospodarce rolnej to założenia, jakie znajdziemy w unijnej inicjatywie Zielonego Ładu. Na skalę mikro, we własnym ogródku, możemy zadbać o sadzenie roślin miododajnych, budowę domków dla owadów, zrezygnować z herbicydów czy częstego koszenia trawnika, siać łąki kwietne…

Na pewno jednak jednym z pierwszorzędnych celów musi być zwiększenie społecznej świadomości zagrożenia. Bez powszechnej wiedzy co i dlaczego musimy robić, ciężko liczyć na wsparcie i odzew.
Na szczęście widać, że i na tym polu zaczyna się dziać coraz więcej. W kampanię na rzecz pszczół i zapylaczy angażują się czołowi przedstawiciele biznesu. Tak jak Viessmann, lider branży grzewczej, najpowszechniej kojarzony z produkcją kotłów gazowych. Firma od wielu lat angażuje się w działalność proekologiczną, a najnowszym tego wyrazem jest podjęcie współpracy z Fundacją Ekologiczną Pszczoła Musi Być. Fundacja prowadzić będzie przy wsparciu Viessmann między innymi działalność edukacyjną i informacyjną, zarówno za pośrednictwem Internetu, jak i innych mediów, ale też spotkań z dziećmi i młodzieżą. Nagłośnienie niebezpieczeństwa, jakie niesie spadek populacji owadów i różnorodności biologicznej dzikich zapylaczy jest krokiem, by coraz więcej osób, firm, instytucji czy rządów włączyło się w działania mające odmienić ten stan rzeczy. Zarówno na poziomie systemowych, czyli regulacji prawnych, jak i działań podejmowanych indywidualnie przez każdego, kto chce i może pomóc.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze