Od 2007 roku, gdy Śląsk Wrocław został przejęty przez miasto, wielokrotnie szukano nowego właściciela. Kilka raz nawet się udało, ale na krótko. Ale zawsze potem klub ponownie stawał się własnością gminy. Bo te prywatyzacje na ogół miewały drugie dno, o którym raczej nikt już nie chcę pamiętać i mówić. I aż dziwne, że nikt nie policzył ile jeszcze dołożono tych „sprzedaży”…
Zaraz po przejęciu klubu, zaczęto na początek szukać klubowi sponsorów, głównie wśród instytucji państwowych. Już wtedy w całej Polsce dyskutowano o tym, że dzięki patronatowi politycznemu i pieniądzom podatników wrocławscy piłkarze awansowali do ekstraklasy. Władze Wrocławia, zdając sobie sprawę z tego typu kontrowersji, postanowiły ograniczyć finansowanie innych gałęzi sportu w mieście i zaczęły szukać prywatnego, większościowego współwłaściciela klubu i stopniowe wycofywanie się z finansowania jego wydatków.
W 2008 roku rozpoczęto negocjacje z biznesmenem Zbigniewem Drzymałą dotyczące fuzji Śląska z jego klubem Groclin Grodzisk Wielkopolski. Zasady fuzji nie spotkały się kibicom wrocławskiej drużyny. Ostatecznie nie doszła do skutku. Z przyczyn politycznych.
- Do fuzji nie doprowadzę na siłę, bez porozumienia i zgody największych klubów rady miasta. Okazało się, że w tej kwestii nie ma politycznego porozumienia, dlatego rezygnuję z fuzji - tłumaczył się Rafał Dutkiewicz.
Poszło o brak poparcia Platformy Obywatelskiej, z którą wtedy Dutkiewicz był w dość ostrym konflikcie, a w Grodzisku uznano, że prezydent Wrocławia wystawił na pośmiewisko Drzymałę. Sam zainteresowany po pewnym czasie ocenił: „Przypomnę, że pierwotnie Groclin miał się połączyć ze Śląskiem, do czego namawiał mnie prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz. Niestety, na końcu okazał się niesłowny”.
Ekipa Dutkiewicza szybko znalazła kolejnego zainteresowanego. A może się pojawił i dlatego zrezygnowano z wcześniejszych negocjacji... W każdym razie 8 kwietnia 2009 we wrocławskim ratuszu prezydent Wrocławia w imieniu miasta podpisał umowę z Zygmuntem Solorzem, na mocy której jedna z jego cypryjskich spółek została większościowym udziałowcem piłkarskiego Śląska. Na cztery lat.
22 listopada 2013 miasto Wrocław odkupiło 51% akcji WKS-u od tej firmy. i zostało tym samym 100-procentowym właścicielem klubu. O co poszło?
Zygmunt Solorz chciał kupić cały klub, ale miasto się na to nie zgodziło. – Skoro miasto nie przyjęło oferty wykupienia przez pana Solorza całego klubu, należy skorzystać z drugiej możliwości i "wyjść" z klubu. Na to Wrocław się zgodził i wciąż trwają rozmowy – tłumaczył mecenas Józef Birka, przedstawiciel Solorza i były członek rady nadzorczej Śląska.
A tak naprawdę poszło o prawa do słynnej dziurą w ziemi przy stadionie, gdzie Solorz chciał budować pierwotnie galerię handlową, a potem halę widowiskową. W rezultacie miasto przy „rozwodzie” musiało jeszcze zapłacić 18 milionów za wykopanie dziury w miejscu, gdzie miały być realizowane wspomniane inwestycje.
Potem doszło do dość dziwnej prywatyzacji, o której mówiono prawie wprost, że została „wymuszona” przez Rafała Dutkiewicza na firmach w różny sposób związanych z miastem. By nie mówiono, że tylko gmina wydaje pieniądze na klub. 8 stycznia 2014 miasto Wrocław sprzedało trzy pakiety akcji Śląska (każdy po 16,88%) trzem wrocławskim firmom: Hasco-Lek, PB Inter System i Supra Invest. Każda firma za pakiet akcji zapłaciła po 1,262 mln złotych.
Coś tam nie wyszło udziałowcom i w maju 2016 miasto zamieniło sześciomilionowy dług współwłaścicieli na akcje stając się tym samym posiadaczem 54,46% akcji. Dodatkowo firma Tekton, której prezesem był Ilias Filippidis odkupiła pakiet akcji Inter-Systemu.
Rok później, w lipcu 2007 roku, prezydent Rafał Dutkiewicza zarekomendował Radzie Miasta, by firma Wratislavia-Biodiesel S.A., producent alkoholi, gliceryny i bio-paliw, której prezesował Grzegorz Ślak, kupiła niespełna 55% akcji Śląska Wrocław. Wiceprezydent Maciej Bluj, który był wtedy szefem rady nadzorczej Śląska Wrocław przekonywał, że to najlepsza możliwa decyzja. Do głównej umowy została także dołączona umowa inwestycyjna, która miała obowiązywać przez trzy lata.
- To jest 15 milionów złotych rocznie wpłat inwestora do klubu WKS Wrocław. Oczekiwania ze strony miasto to jest 2 miliony złotych rocznie na szkolenie dzieci i młodzieży. Cena za akcja to są 3 miliony złotych – tłumaczył Bluj.
I jak zwykle zaczęły się kłopoty. Na początku lipca wydawało się, że do transakcji już doszło. Urzędnicy twierdzili, że Ślak zawarł umowę i jego zobowiązania wobec miasta i klubu są wiążące.
Biznesmen był przeciwnego zdania. Uważał, że wynegocjowano i parafowano wstępną umowę. Dopiero po fakcie miał się dowiedzieć jak tragiczna jest sytuacja finansowa klubu. Zażądał zmian w prozumieniu. Zdaniem strony miejskiej, to było tylko szukanie pretekstu, by wykręcić się z zawartej umowy. Ślak chciał, by klub mniej płacił za wynajem stadionu, a do Śląska trafiły wpływy z biletów i całość sumy za sprzedaż prawa do nazwy stadionu. Rozpoczął się spór proceduralny, którego szczegół już wydają się nieistotne. Istotne jest co innego. W procederze wyboru inwestora brał udział specjalny doradca. Firma prawnicza z Poznania, która jako najlepszą przedstawiła ofertę Grzegorza Ślaka i jego firmy. Nawet radni miejscy zgłaszali, że są wątpliwości, czy słusznie wypłacono wynagrodzenie doradcy prywatyzacyjnemu, skoro do prywatyzacji nie doszło. Wiceprezydent Maciej Bluj przekonywał, że doradca wykonał swoją pracę. I za to dostał 480 tys. zł plus VAT.
Potem było straszenie się sądami i rozmowy ugodowe. I różne kwoty, które powinny obie strony sobie zapłacić. W negocjacjach nie pomógł fakt, że w 2019 niedoszły właściciel Śląska został zatrzymany i aresztowany w śledztwie białostockiego wydziału Prokuratury Krajowej. W 2022 roku do wrocławskiego Sądu Okręgowego przesłany został akt oskarżenia trzech osób. Biznesmenowi prokuratura zarzuciła 30 przestępstw, m.in. kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, niegospodarność i oszustwo na 265 mln zł.
A gdy trwały spory, za klub cały czas oczywiście płaciło miasto i płaci.
Na poważnie do tematu prywatyzacji powrócono w maju 2023 roku, gdy wrocławscy radni wyrazili zgodę na wystawienie na sprzedaż Śląska Wrocław. Jak podaje portal slasknet.com „gmina Wrocław przeznaczyła do zbycia co najmniej 51% i nie więcej niż 79,61% kapitału zakładowego spółki. Wówczas na biurko prezydenta Jacka Sutryka trafiła tylko jedna oferta”. Według portalu, zainteresowanym była spółka Westinster Polska S.A, a klub został wyceniony na 8 milionów złotych.
Rozmowy zakończyły się jednak fiaskiem, ponieważ w tym czasie nastąpiła bardzo duża zmiana wartości klubu. A to dlatego, że klub został wicemistrzem Polski.
W ciągu minionego sezonu wartość klubu wzrosła o 45 mln zł i dziś wynosi 53-55 mln – podał wówczas wrocławski magistrat.
Co teraz? Pod koniec kwietnia tego roku Rada Miejska Wrocławia na nadzwyczajnej sesji, już nie wiadomo po raz który, podjęła uchwałę o podjęciu próby zbycia akcji piłkarskiej spółki…
Tylko, że teraz będzie chyba odwrotnie, niż ostatnio. Cena pewnie spadła razem z drużyną, która zagra w niższej lidze...
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Sutryk szasta nie swoimi pieniędzmi. Milion tu, milion tam , nie ważne. Różnica jest więc zasadnicza. U przedsiębiorcy to jego milion, zarobiony, a u Sutryka nasz wspólny. Nikt normalny z takim człowiekiem jak Sutryk się nie dogada, gdyż oznaczałoby to bankructwo. Stąd tyle wałków. Każdy wie że wschodząc trzeba płacić za stadion. Stadion którego utrzymanie jest drogie a nie jest to twój stadion. Nie wiadomo jakie długi są. Wejście z interesy z Sutrykiem może oznaczać tylko kłopoty finansowe, gdyż Sutryk może utopić 5 mln mikstackich i powiedzieć że się wycofuje bo się nie dogadał co do kolejnych milionów. U przedsiębiorcy te 5 mln to może być wydane na biznes a nie utopione bez konsekwencji. Stąd wejście w spółkę z Sutrykiem to szaleństwo. Przedsiębiorca musiałbym mieć pełną decyzyjność a Sutryka oglądać w TV. Podobnie stadion. Na kanwie tych mechanizmów dochodziło do wałków. Jeśli już mam stracić i nie wiadomo ile na tych mikstackich igrzyskach, gdzie nie ma odpowiedzialności, to muszę gdzieś zarobić. Stąd działki jak u Solorza. Czy to pod halę, czy bardziej pod wieżowiec , budownictwo mieszkaniowe. Zmiany w planie zagospodarowania. Po prostu tam gdzie mikstackie, tam strata dla przedsiębiorcy chyba że mikstaccy znikną lub zmienią przepisy.
Sutryk szasta nie swoimi pieniędzmi. Milion tu, milion tam , nie ważne. Różnica jest więc zasadnicza. U przedsiębiorcy to jego milion, zarobiony, a u Sutryka nasz wspólny. Nikt normalny z takim człowiekiem jak Sutryk się nie dogada, gdyż oznaczałoby to bankructwo. Stąd tyle wałków. Każdy wie że wschodząc trzeba płacić za stadion. Stadion którego utrzymanie jest drogie a nie jest to twój stadion. Nie wiadomo jakie długi są. Wejście z interesy z Sutrykiem może oznaczać tylko kłopoty finansowe, gdyż Sutryk może utopić 5 mln mikstackich i powiedzieć że się wycofuje bo się nie dogadał co do kolejnych milionów. U przedsiębiorcy te 5 mln to może być wydane na biznes a nie utopione bez konsekwencji. Stąd wejście w spółkę z Sutrykiem to szaleństwo. Przedsiębiorca musiałbym mieć pełną decyzyjność a Sutryka oglądać w TV. Podobnie stadion. Na kanwie tych mechanizmów dochodziło do wałków. Jeśli już mam stracić i nie wiadomo ile na tych mikstackich igrzyskach, gdzie nie ma odpowiedzialności, to muszę gdzieś zarobić. Stąd działki jak u Solorza. Czy to pod halę, czy bardziej pod wieżowiec , budownictwo mieszkaniowe. Zmiany w planie zagospodarowania. Po prostu tam gdzie mikstackie, tam strata dla przedsiębiorcy chyba że mikstaccy znikną lub zmienią przepisy.