– Chciałem podzielić się z innymi tą historią, ale najpierw musiało minąć kilka lat, kiedy to szukałem właściwych słów. To film o wielkiej i szalonej odwadze. O odwadze mojej babci we wznoszeniu tego, że jej syn, ledwo żywy i ciężko ranny, leży w stodole i ukrywa się Popielawach – Jan Jakub Kolski opowiada o filmie „Ułaskawienie”.
Z urodzonym we Wrocławiu reżyserem spotkaliśmy się przy okazji premierowego pokazu w Dolnośląskim Centrum Filmowym. – To było dla mnie dziwne odkrycie, że we Wrocławiu na miejscu starego dworca autobusowego znajduje się nowoczesny hotel – mówi Jan Jakub Kolski. – Zatrzymując się w tym hotelu, w pewnym sensie mieszkałem na stanowisku nr 7, z którego odjeżdżałem kiedyś autobusem do Popielaw. Poprosiłem o pokój z widokiem na Dworzec Główny, żeby przywołać wspomnienia. Odczuwam natomiast silną potrzebę, żeby wybrać się na Wzgórze Partyzantów, gdzie kiedyś chadzałem jako chłopiec. Pamiętam, że w latach 60-tych oczyszczono tam fosę i wydobyto z niej zadziwiająco dużo powojennych pocisków, broni i hełmów – wspomina reżyser.
– W latach Solidarności pod czułym okiem księdza dr Jerzego Rasiaka kręciliśmy we Wrocławiu filmy w kościelnym podziemiu – mówi Jan Jakub Kolski. – Kardynał Gulbinowicz bardzo nas lubił i wspierał. Były to filmy o świętych i Solidarności, które przemycaliśmy z Jarkiem Żamojdą do Paryża, gdzie trafiały np. do Mirosława Chojeckiego. Jechaliśmy kiedyś do niego, gubiąc rozmaite pogonie i przesiadając się z auta do auta niczym w filmie sensacyjnym – dodaje filmowiec, który nie planuje jednak wyreżyserować autobiograficzny film o tej tematyce.
Zrealizował natomiast „Ułaskawienie”, zainspirowane losami jego dziadków. – Chciałem podzielić się z innymi tą historią, ale najpierw musiało minąć kilka lat, kiedy to szukałem właściwych słów. To film o wielkiej i szalonej odwadze. O odwadze mojej babci w wznoszeniu tego, że jeden syn, ledwo żywy i ciężko ranny, leży w stodole i ukrywa się Popielawach. Jej córka, czyli moja mama, została wywieziona do Lubochni do rodziny. Druga córka zmarła natomiast w szpitalu w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie zrobiono jej fikcyjną operację – opowiada Kolski.
– Ten film powstał z potrzeby zadośćuczynienia dziadkom za wielkie upokorzenia, których doświadczyli. Z drugiej strony marzę o świecie, w którym nie będą potrzebni bohaterowie i wystarczy normalne bycie. Może to staroświeckie, ale wyobrażam sobie reżysera jako inżyniera dusz, który przypomina o tym, że warto ze sobą rozmawiać, a nie godzić się nieprawdziwy podział na nas i ich – dodaje filmowiec.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze