W największym kościele w Górnych Łużycach, który mógł pomieścić ponad 1200 wiernych, były aż trzy dzwony. Najstarszy z XV wieku. Największy ważył około 300 kilogramów. Gdy nastała tu Polska, nie było już żadnego. Później zniknął również ów kościół
Zawidów to niewielkie miasteczko na Pogórzu Izerskim, w Górnych Łużycach, które prawie zawsze leżało przy granicy. Zarówno przed wojną, jak i po 1945 roku, była i jest to granica z Czechami.
Pierwsza wzmianka o mieście pojawiła się w roku 1186 roku. Dwieście lat później obok zawidowskiego rynku wzniesiono niewielki kościółek pw. Najświętszej Marii Panny, jako filia istniejącego już kościoła na wzgórzu św. Michała. W czasie najazdu Husytów oba kościoły zostały doszczętnie zniszczone. W miarę sprawnie ruszyła odbudowa kościoła filialnego, który z czasem wyrósł do rangi kościoła parafialnego i jednego z największych obiektów sakralnych na Górnych Łużycach.
Jak podają historycy, do kościoła poza Zawidowem, zwanym wtedy Seidenberg, przynależał także Stary Zawidów, Bierna, Wrociszów Górny i Dolny, a w późniejszym czasie także Habartice. W 1590 roku zdecydowano o rozbudowie obiektu. Został wzbogacony o wieżę, na której zamontowano pierwszy zegar w 1652 r. Następna przebudowa to rok 1776, kiedy to wybudowano także nową wieżę, która zachowała się do czasów współczesnych.
W wyniku tych zmian w kościele było 1228 miejsc siedzących. A sam obiekt od 1926 roku posiadał ogrzewanie elektryczne oraz elektryczne podgrzewanie nóg.
W kościele znajdowały się też trzy dzwony: z XV wieku, z 1596 r. i 1738 r. Dotrwały do roku 1942.
Po II wojnie światowej budowla zaczęła popadać w ruinę. Korpus kościoła wyburzono w 1972 roku pozostawiając jedynie wieżę, której z roku na rok groziło zawalenie. W latach 2001-2002 odrestaurowano ją zgodnie z pierwowzorem.
A co z dzwonami? Jak przekazuje Stowarzyszenie Miłośników Zawidowa, władze Zawidowa podczas wojny otrzymały rozkaz natychmiastowego zdemontowania dużego i średniego dzwonu z wieży oraz przygotowania ich do transportu. Trafiły na „cmentarz dzwonów” do Hamburga i czekały w kolejce do przetopienia.
Ich dalsze dzieje pozostałyby tajemnicą, gdyby nie dociekliwość byłych mieszkańców Zawidowa, którzy postanowili odszukać dzwony.
Czuli się bardzo z nimi związani. Tak pisali we wspomnieniach:
„Dźwięk tych dzwonów wspominaliśmy latami. Przemawiały do nas w chwilach smutku i radości”.
Wysłali więc do Hamburga list z pytaniem o ich los. Okazało się, że oba dzwony ocalały i znajdowały się Stuttgarcie. Pieczę nad średnim 350-letnim dzwonem sprawowała rada stuttgarckiego Kościoła Ewangelickiego. Ten większy natomiast otrzymał drugie życie, bijąc miarowo na wieży kościoła im Marcina Lutra w Ulm.
Dlaczego nie wróciły na swoje miejsce? Bo jak wiadomo nie miały gdzie. Z kościoła ocalała tylko wieża, która po renowacji znów stała się symbolem Zawidowa. Można sprawdzić na niej aktualny czas. I od kilku lat rozbrzmiewają z niej regularnie też stare dzwony. Ich dźwięk udało się odtworzyć z prywatnych nagrań byłych mieszkańców Zawidowa.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze