Staw Pilczycki, staw przy ul. Ślęzoujście na Maślicach, przy Kazimierskiej na Biskupinie czy stawy na Swojczycach mogą zniknąć z krajobrazu Wrocławia. I to bardzo szybko - w ciągu jakichś 25 lat. Powód jest prosty - susza i coraz gęstsze zabudowywanie terenów w mieście.
I tak na przykład zabudowywanie terenów na Maślicach oraz niski stan wód w tamtejszej rzeczce, Ługowinie, sprawiają, że staw przy ul. Ślęzoujście wysycha. Ale to tylko przykład. - To jest przekrojowy problem, bo mamy do czynienia ze zmianami klimatu, niskim stanem wód gruntownych oraz wykorzystywaniem terenów, które przez wiele lat były podmokłe, na zabudowę. A ludzie i deweloperzy jakby się umówili, bo lubią kupować mieszkania w takich miejscach - mówi Czesław Szczegielniak, hydrolog.
- Koniecznie chcemy też wszystko zazielenić, teraz robi się zieleń na dachach, wymyśla się zieleń na ścianach, ale takie działania prowadzą do zmian w bilansie wodnym. To są właśnie przyczyny wysychania wód w stawach - tłumaczy. - Historyczne mapy Dolnego Śląska pokazują, że wiele stawów, które były stawami hodowlanymi, powysychało. Dobrym przykładem są właśnie Maślice i rzeczka Ługowina. Tu przecież było więcej stawów, a staw przy Ślęzoujściu jest jednym z tych, które aktualnie wysychają. W wielu opracowaniach pojawiały się opinie, że tereny na Maślicach nie nadają się pod zabudowę ze względu na wysoki poziom wód gruntowych. A kiedy wkroczyli tu deweloperzy, to wody opadowe nie zasilają już w takim stopniu wód gruntowych, tylko spływają niżej i przez to również obniża się poziom wody w stawach - wyjaśnia.
Kolejny przykład to staw Pilczycki, który jest pierwszym na liście do uratowania. - Według wszystkich analiz wiemy już, że jeśli nie podejmiemy żadnych działań, to po 25 latach stawu Pilczyckiego po prostu nie będzie. W przypadku tego stawu opracowaliśmy już możliwe rozwiązania. Chcemy przekierować wody opadowe z dachów i chodników w kierunku zbiornika. Czyli zamiast bezpowrotnie tracić wody opadowe przez odprowadzanie ich bezpośrednio do rzeki Ślęzy, będziemy tę wodę łapać i zasilać Staw Pilczycki - mówi nam Witold Sumisławski, pełnomocnik prezydenta Wrocławia ds. gospodarowania wodami opadowymi i roztopowymi. - W ten sposób możemy odbudować poziom tego zbiornika między 10 a 15 cm rocznie. Będziemy musieli jednak poczekać jakieś 6-8 lat, by zwierciadło wody było takie, jakie było 20 lat temu - podkreśa. - Nawodnimy też cały obszar Parku Pilczyckiego.
Najgorzej jest w rejonach wspomnianej już Ługowiny, a także w okolicach rzeki Kasiny i Brochówki, bo to tam stan wód jest wyjątkowo niski. Tym samym najbardziej zagrożone są stawy na Maślicach, Brochowie i Muchoborze. Krytyczny jest też stan stawów w Parku Szczytnickim.
Witold Sumisławski tłumaczy, że nie da się uratować wszystkich naraz, a inwestycja mająca na celu regulowanie wodami spływającymi do stawu Pilczyckiego to swego rodzaju pilotaż. Jeśli się sprawdzi, te same rozwiązania będzie można zastosować także do innych stawów we Wrocławiu. O ile zdążymy, bo na to wszystko potrzeba pieniędzy. Tych na ratowanie stawu Pilczyckiego też jeszcze nie ma. Na razie miasto przygotowuje się do ogłoszenia przetargu na projekt. Potem wystąpi o pieniędze na realizację. W grę wchodzą m.in. Narodowy i Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska lub programy unijne.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze