To co wydarzyło się na wrocławskim Rynku podczas finału Ligi Konferencji to chyba idealna alegoria kończącej się właśnie kampanii wyborczej. I tam i przez ostatnie tygodnie, pod płaszczykiem rywalizacji w duchu fair play, ludzie lali się po mordach, a wokół latały kufle, krzesła czy stoliki. A pod koniec tego politycznego walenia się po pyskach rozhisteryzowany premier polskiego rządu nie wie, co właściwe robią rządowe służby, więc powołując się na autorytet patologicznego mięśniaka oskarża politycznego konkurenta o działalność przestępczą. A ów zdezorientowany konkurent, na wizji, coś wciąga do nosa i z problemami tłumaczy co właśnie weszło w jego organizm. Gdyby więc Państwo w Dzień Dziecka wybrali rower zamiast urny, to mnie to wcale nie zdziwi. W poniedziałek natomiast, bez względu na wynik, Polska będzie jeszcze bardziej podzielona niż przed wyborami.
„Jesteśmy zanurzeni w politykę zabawniejszą, niż da się to wyrazić słowami(...). Lecz, co zabawne, nikt nie mówi o prawdziwych interesach. Panuje powszechna zgoda, aby tych kwestii nie poruszać. Boimy się o nich dyskutować. Zamiast tego prasa zaangażowana jest w kuriozalny spór, czy pan Cleveland miał nieślubne dziecko i czy mieszkał z więcej niż jedną kochanką, czy też nie".
Tak ponad sto lat temu o kampanii wyborczej pisał pewien amerykański publicysta. I można by stwierdzić: czyli bez zmian. Bez wdawania się w szczegółową analizę historyczną, trzeba jednak dodać, że tylko teoretycznie. Odnoszę nieodparte wrażenie, że proporcje się zmieniły. Teraz to my właściwe tylko o „nieślubnych dzieciach i kochankach".
Tak naprawdę, o zgrozo, jakąś systematykę do tej kampanii próbował wprowadzić, ten który zajął trzecie miejsce, czyli Sławomir Mentzen z Konfederacji. Poprosił finalistów tej batalii o odpowiedź na osiem prostych pytań. Dzięki temu coś konkretnego wiemy o podejściu Rafała Trzaskowskiego i Karola Nawrockiego do kluczowych spraw.
Do tej pory bowiem, mocno zestresowany Trzaskowski jawił nam się jako polityk, który ma wszystkie poglądy na każdy temat, co w skrócie można było ująć tak: jest głęboko wierzącym katolikiem, choć ateistą. Ten stres kandydata PO spowodowany był wieloma czynnikami. Przede wszystkim dlatego, że wie, iż to chyba jego ostatnia szansa, by zaistnieć w wielkiej polityce i macierzystej partii, bo do tej pory raczej wszystko przegrywał. Niezbyt mocna konstrukcja psychiczna powoduje, że boi się debat. I jak dojdzie do wniosku, że jakiejś może uniknąć, to unika.
No i jeszcze jest ogromna presja ze strony Donalda Tuska, który te wybory traktuje mega ambicjonalnie. Jako zwieńczenie swojej osobistej wojny z rodziną Kaczyńskich. Trzaskowski też jest przerażony, ponieważ wie, że w przeszłości w jego otoczeniu pojawiało się wiele osób, które miały lub mają różne zatargi z prawem, czego świetlanym przykładem jest choćby pojawienie się kilkanaście godzin temu aktu oskarżenia byłego sekretarza w warszawskim ratuszu i byłego ministra skarbu w rządzie PO-PSL Włodzimierza Karpińskiego. W dokumencie pojawiają się zarzuty udziału w grupie przestępczej i korupcji. Ale media jakoś o tym informowały niespecjalnie. Czy dlatego, że akurat te największe, zwłaszcza publiczne, zacumowały blisko sztabu kandydata PO? No i jeszcze jedno. Zwolennicy tego kandydata lasują hasło: My nie ćpamy! My Trzaskamy! Ale ich faworyt, którego podejrzewano o przyjmowanie różnych substancji, nie poddał się testom na obecność narkotyków. Natomiast posłowie PO przynieśli do Sejmu przenośny wariograf, by zbadać konkurenta czy nie kłamie. Nawrocki się nie stawił.
Z drugiej strony dość niepewny Karol Nawrocki. Niezależny i obywatelski kandydat, ale wybrany przez Jarosława Kaczyńskiego. Niepewny, bo trochę świeży na scenie politycznej, a może też dlatego, że wiedział, iż ma trudną do wytłumaczenia w dynamicznej i relatywnie krótkiej kampanii przedwyborczej przeszłość. Oczywiście przeciwnicy tego kandydata grzmią: nazywajmy rzecz po imieniu - gangster i sutener. Tak? Jeśli jest to tak oczywiste, to dlaczego przez tyle lat nigdy nie zainteresowała się nim policja czy prokurator? Jak choćby bliskim współpracownikiem Trzaskowskiego o czym było przed chwilą? Przecież nie cały czas rządził w tym kraju PiS, który mógłby ewentualnie te sprawy przemilczeć czy wyczyścić papiery. Jak na przykład obóz polityczny kandydata PO, gdy ponad 30 lat temu przejmując władzę wyczyścił kartoteki bezpieki, by nie było wiadomo kto współpracował ze służbami PRL, denuncjując często najbliższych. Co jak potem się okazało, zrobili nie do końca skutecznie. Ale ewidentnie sztab Nawrockiego, jak i on sam, nie przygotowali „pakietu startowego", ponieważ kompletnie nie potrafili się bronić przed atakami, a chyba ich się spodziewali. Jak i udziału w tych akcjach atakujących sił urzędowo-medialnych. Bo jeżeli nie, to jeszcze gorzej o tych politykach świadczy. Zwłaszcza, że jak już parę osób wskazało, z tego nawet dało się stworzyć niezłą opowieść. Choćby taką jaką stworzył obecny wiceprezydent USA James David Vance w książce „Elegia dla bidoków", opowiadającą o dorastaniu w Pasie Rdzy. W PiS lubią USA z obecną ekipą rządzącą, tylko z jakiegoś powodu nie potrafią „w kampanię". A może nie chcieli... Tylko to już inna opowieść. No chyba, że Nawrocki jest winny i jako wierzący liczył na cud, że nic nie wypłynie. To wtedy da się powiedzieć tylko jedno: Łooo Jezuuu… W każdym razie, jako co pewien czas coś wciągający, zrobił test antynarkotykowy.
I nie będę tu już wdawał się w dywagacje, że mógł oskarżenia wyjaśnić przed sądem w trybie wyborczym. Milion razy to już tłumaczono i naprawdę była to dość prymitywna prowokacja, by przedłużyć życie tematowi.
W tym momencie mogę zostać zaszufladkowany jako symetrysta, co w wielu środowiskach staje się chyba bardziej obraźliwe niż pisior czy komuch. Symetrysta, wyjaśniam może niewtajemniczonym, to taki osobnik, który uważa, że jedni i drudzy są siebie warci.
Ale zaręczam, nie tylko w mej głowie rodzą się takie pytania.
W każdy razie dość szybko zostaliśmy sprowadzeni do formatu dyskusji – wolisz „dupiarza" (Trzaskowski sam wspomniał, że nim był w liceum) vel „bążura" czy „gangstera" albo „sutenera". Takich określeń używali nie tylko anonimowi dyskutanci w mediach społecznościowych, ale przede wszystkim wysokiej rangi politycy.
Oczywiście clou tych bezpardonowych pomówień i spekulacji było słynne wystąpienie Donalda Tuska, który bardzo rozemocjonowany oskarżał Karola Nawrockiego o relacje ze światem przestępczym, powołując się na wypowiedzi Jacka Murańskiego, który odsiedział trochę w więzieniu za pobicie. Ów pan znany jest głównie jako pato-celebryta i uczestnik freek fight show, czyli okładania się po twarzach przez ludzi nie będących sportowcami. A jego osobowość dokładnie charakteryzuje jeden z jego rodowo-godowych okrzyków: „Masa, Masa, ssij k...!". To co Państwu się rymuje, to niestety tak ma być. Przepraszam, ale to chyba najlepiej oddaje z jaką postacią mamy do czynienia. I ktoś taki dla premiera polskiego rządu jest autorytetem, by jego zdanie przywoływać w dyskusji o kandydacie na prezydenta RP. Tu chyba właśnie wyszło to ambicjonalne podejście Donalda Tuska do wyborów.
Potem premier jeszcze dodał, że w każdym razie państwowe służby tych faktów o Nawrockim nigdy nie potwierdziły... Czy znowu lub cały czas mamy do czynienia z sytuacją, którą kiedyś tak barwnie określił były minister w rządach Donalda Tuska Bartłomiej Sienkiewicz: „Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje...". Jeśli przy wyborach prezydenta RP jedna z najważniejszych osób w państwie powołuje się na takie postacie, to coś na rzeczy jest. Tylko chyba niedobrze jest?
Przez chwilę to nawet sobie pomyślałem, by wreszcie wprowadzić ustawowo jakąś kontrolę kandydatów, którzy muszą zebrać 100 tysięcy podpisów a de facto i tak specjalnie o nich nic nie wiemy. Tylko jak przypomniałem sobie jak głęboko upartyjnione są wszelkie służby i urzędy w tym kraju, nie tylko podczas tej kadencji, to się wyleczyłem z pomysłu. Najpierw trzeba ustalić jak by je odpartyjnić, ale to ociera się o nobla ze wszystkich dziedzin razem wziętych.
A wracając do histerii Tuska, to mówimy tu o polityku, którego jego podwładny, Radosław Sikorski, ostatnio nazwał „najwyższej rangi polskim politykiem w naszej tysiącletniej historii, pomijając oczywiście Jana Pawła II". Z tego co wiem, Jan Paweł II pato-celebytów faktycznie nie lubił, miał inne autorytety. Z drugiej strony, słuchając Sikorskiego człowiek zastanawia się co ten Mentzen im tam do piwa dosypał. Mocne to i choroba strasznie długo trzyma. Na piwo do Torunia na pewno nie pojadę. Zwłaszcza, że nasz minister spraw zagranicznych w tej samej rozmowie z Krzysztofem Stanowskim stwierdził: "Polska na II wojnie światowej zyskała terytorialnie". A potem szczegółowo wyjaśnił: „Niemcy stracili na rzecz Polski 20 proc. terytorium. Nam połowę terytorium zabrał Związek Radziecki. To dlaczego PiS się nie domaga reparacji od Związku Radzieckiego? Oni nam zabrali połowę terytorium, a od Niemców żeśmy zyskali 20 proc. ich terytorium. Realnie zyskaliśmy. Po I wojnie światowej zyskaliśmy terytoria niemieckie i po II wojnie kolejne terytoria niemieckie".
I mówi to minister polskiego rządu, gdy 80 lat po wojnie jeszcze wielu pamięta, że wcale nam te „zyski" się nie marzyły. Że miliony Polaków straciło domy, w których ich rodziny mieszkały od pokoleń. O milionach poległych nie wspomnę.
W normalnym państwie, choć nie wiem czy takie jeszcze w Europie jest, taki człowiek ani minuty dłużej by nie pracował w rządzie. Nie zostałby potem nawet wójtem w żadnej gminie. Ale jeśli rządowi imponuje Jacek Murański, to pozostało zaśpiewać za Edytą Geppert „ Jaka róża, taki cierń - nie dziwi nic"
A co by było, gdyby ktoś publicznie powiedział, że Żydzi to po II wojnie światowej zyskali. Zyskali terytorialnie. Przecież nie było państwa Izrael, a po wojnie powstało... Realnie zyskali.
Potem mądre głowy wymyślają przeróżne tłumaczenia jak to się stało, że Grzegorza Brauna poparło ponad 6 procent. Jeszcze trochę takich ministrów i będzie miał spokojnie 16.
Cała ta kampania doprowadziła do tego, że Polacy nie będą mieli wymarzonego prezydenta, dobrego prezydenta. Jak wyszło w jednym z badań, 60 procent badanych wyborców deklaruje, że w niedzielnych wyborach prezydenckich zagłosuje na "mniejsze zło". Czyli w poniedziałek prawie połowa rodaków ponownie stwierdzi „to nie jest mój prezydent".
Naiwnie spytam, jak będą wtedy czuli się ci wszyscy Zdrojewscy, Mateccy, Nitrasy, Ozdoby , Zembaczyńscy, Bielany, którzy co rusz wspominali o „dupiarzach" czy „sutenerach"? Pewnie usłyszymy, że to tylko polityka, że takie są prawa kampanii wyborczej, mógł nie startować...
- Póki życia, nie zejdę już z drogi i nie pobiegnę w las wbrew zakazowi mamusi – zabrzmiało mi w uszach zakończenie Czerwonego Kapturka spisanego przez braci Grimm 200 lat temu.
W obecnych czasach mówienie, że nic by się nie stało, gdyby sama nie poszła do lasu, jest szanowni panowie już mocno passé. Rzekłbym, bardzo wykluczające i ograniczające wolność jednostki, którą też wreszcie trzeba nazwać Czerwoną Kapturką.
No chyba, że w poniedziałek ci co przegrają stwierdzą, że nie uznają wyników, nie wychodzą z lasu i walka trwa, bo ten co wygrał to niczym, wypisz wymaluj, jak morał z tej samej bajki, ale w wersji wcześniejszej napisanej przez Charlesa Perrault:
Radzę wam zapamiętać,
że jest podstępny wilk niektóry:
ukrywa wilcze swe pazury,
by słodkim słówkiem zwieść dziewczęta.
Ani go poznać! Mina święta tkliwie,
łagodnie patrzy w oczy,
za panną uliczkami kroczy
przymilny, słodki jak cukierek.
Lecz wierzcie: to wilczysko szczere!
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze