Gdy zobaczyłem komunikat o konkursie na prezesa Śląska Wrocław, to poczułem takie drobne deja vu: ale to już było… I myślałem, jak głoszą słowa pewnej piosenki, że nie wróci więcej. A chodzi mi o zapis, że prezesa piłkarskiego klubu będzie wybierał też kibic. To teraz w komisji wybierającej szefa PGNiG pojawi się posiadacz kuchenki gazowej? A tak przy okazji, to objawiło mi się nagle, że aby zostać prezesem spółki trzeba mieć wykształcenie czy doświadczenie. A na prezydenta RP czy prezydenta miasta wystarczy tylko odpowiedni wiek. To tak dobrze jest?
Ja wiem, to efekt nacisków kibiców, którzy chcą mieć wpływ na losy klubu. A co gorsze, uważają, że znają się na każdym elemencie tego przedsięwzięcia. Ja od iluś tam lat kibicuję dwóm klubom hokejowym, bo jakoś wolę tę dyscyplinę od piłki nożnej, ale gdy Pittsburgh Penguins lub Bílí Tygři Liberec przegrywają, a ci pierwsi niestety od jakiegoś czasu dość często, to się lekko zezłoszczę, z jeden mecz odpuszczę, ale żebym pisał monity do Czech lub USA?
Natomiast w naszych kibicach odżywają jakieś geny PRL-u, gdy przy każdej decyzji w fabryce czy jakiejś tam instytucji musiał być obecny przedstawiciel rady zakładowej.
Ale może to jest właśnie jednak ten pomysł na omawianą od kilkunastu lat prywatyzację Śląska Wrocław. I żeby nie było, że sobie przywłaszczam czyjeś idee, bo jeśli się nie mylę to jest to pomysł redaktora Marcina Rybaka z „Gazety Wyborczej”. Czyli niech sobie kibice wezmą ten Śląsk Wrocław. Model jakże znany w europejskiej piłce. Najlepiej znany z Barcelony, gdzie klub należy do kibiców zwanych tam socios. Podobno jest ich około 200 tysięcy. Mają liczne przywileje włącznie właśnie z wyborem prezesa. Każdego roku wpłacają do kasy po 185 euro (taka kwota była ze dwa lata temu i nie wiem czy jeszcze aktualna). Ale to już daje „na waciki” 37 milionów euro. Jest czym się porządzić. Także proszę powyższe rozważyć.
Natomiast ów konkurs uświadomił też coś zupełnie innego. Otóż jakie są wymagania stawiane przed kandydatem na prezesa piłkarskiego klubu. Wyższe wykształcenie, co najmniej 5-letni staż pracy na stanowisku kierowniczym lub pełnienie funkcji w organach spółki kapitałowej przez co najmniej 2 lata w branży związanej z działalnością spółki, doświadczenie w zarządzaniu zespołem co najmniej 30-osobowym… Trochę tego jest, a to i tak tylko wybrane warunki.
Natomiast kto może zostać prezydentem miasta, burmistrzem czy wójtem?
Ze strony Państwowej Komisji Wyborczej: „Kandydować na wójta (burmistrza, prezydenta miasta) może obywatel polski mający prawo wybierania w tych wyborach, który najpóźniej w dniu głosowania kończy 25 lat (co ważne, kandydat nie musi stale zamieszkiwać na obszarze gminy, w której kandyduje)”.
I tyle. Nic o wykształceniu, doświadczeniu, kwalifikacjach. Przecież starając się o każdą pracę trzeba coś umieć. Na powyższe stanowiska niekoniecznie. Wystarczy się spodobać wyborcom.
A co z prezydentem RP, którego wskażemy w maju? Tu mamy zapis z konstytucji:
„Na Prezydenta Rzeczypospolitej może być wybrany obywatel polski, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 35 lat i korzysta z pełni praw wyborczych do Sejmu. Kandydata zgłasza co najmniej 100.000 obywateli mających prawo wybierania do Sejmu”.
Czyli właściwie trzeba trochę dłużej poczekać i nic ponadto.
Czy myśmy czegoś nie przegapili budując tę demokrację? Teoretycznie kandydat na prezesa niezbyt ogarniętego klubu piłkarskiego musi mieć większe umiejętności niż prezydent kraju czy miasta?
Po raz tysięczny chciałem zakończyć moją ulubioną konkluzją, że może wyjściem z tej sytuacji, zwłaszcza w samorządzie, jest powrót do wyborów pośrednich, czyli wybierania prezydenta miasta, burmistrza i wójta przez rady gminy, ale się zawahałem.
W czwartek w tej sprawie głos zabrał Łukasz Kasztelowicz, szef klubu PiS w Radzie Miejskiej Wrocławia: „Tak na kanwie sprawy Jacka Sutryka i w ogóle sytuacji w dużych miastach, w mojej ocenie, należy poważnie się zastanowić, czy wybory bezpośrednie prezydentów miast są dobrym pomysłem. Mając europejski system parlamentarno-gabinetowy wprowadzono prezydencki system wyboru władz samorządowych. Nielogiczne, a w dużych miastach eliminujące konserwatywną część narodu z wpływu na władze samorządowe... Pomimo tego, że nadal to istotna część lokalnych społeczności”.
Brakuje mi pisarskiego talentu, by plastycznie opisać wytrzeszcz mych oczu, które bez pochylania głowy dotknęły monitora. To, że Łukasz Kasztelowicz w ostatnich wyborach prezydenta Wrocławia nie dostał się do drugiej tury, to raczej nie kwestia jego konserwatywnych poglądów, których tak naprawdę w tamtej kampanii chyba nawet nie poznaliśmy. Jeśli nadal będą Państwo z PiS szli tą drogą myślenia, to i w najbliższych kadencjach nie przewiduję sukcesu.
Ale mimo powyższej aberracji nadal uważam, że lekiem „na całe zło” samorządu jest powrót do wyborów pośrednich.
To teraz zobaczmy co nam się szykuje w ramach tak nieprecyzyjnie przegotowanej „rekrutacji” na prezydenta RP, czyli kolejne dni kampanii wyborczej.
Po pierwsze powoli przechodzimy do rękoczynów, które zaczynają się od opluwania. W znaczeniu dosłownym. Otóż podczas spotkania kandydata Rafała Trzaskowskiego z wyborcami czy innymi ludźmi, operator telewizji niekoniecznie sprzyjającej temu kandydatowi, opluł członka sztabu tego kandydata. A to w wyniku tego, że owego operatora dość natarczywie, chyba komórką, filmował członek sztabu kandydata. Nie lubię się wypowiadać na temat mediów, ale zaskoczony nie jestem, bo tak się musi kończyć, gdy media zamiast opisywać czy komentować rzeczywistość za bardzo w nią się angażują emocjonalnie. Plucia nie popieram, człowiek nie lama, ale niestety przeczuwam, że to była wersja soft. Emocje pójdą dalej.
Zwłaszcza, że kandydat Rafał Trzaskowski z PO coraz bardziej staje się narodowcem i jest za wyrzucaniem obcokrajowców z Polski, co nie podoba się Lewicy, koalicjantom kandydata. Więc te emocje budzą się już nie tylko między obozami, ale i w samym obozie. Zastanawiam się tylko czy wyborcy kandydata już pogubili się co do jego poglądów czy tylko odczuwają lekki zawrót głowy. Zwłaszcza, że już wcześniej zaczął się ograniczać w liczbie płci i kolorów na koszulce.
Pytanie powracające brzmi: czy te poglądy są jeszcze ważne, czy my już głosujemy tylko plemiennie?
Bo w tym drugim plemieniu mają kłopot z rachunkami. Zastanawiają się, czy się nie przeliczyli z tym ustawianiem Karola Nawrockiego jako kandydata obywatelskiego. A nie jako człowieka PiS. W sondażach bowiem wychodzi, że PiS czasami nawet wygrywa z PO zbierając ponad 30 procent poparcia, a Nawrocki jakoś do tej trzydziestki nijak nie może dobić.
Jeździ tylko po całym kraju i jeździ, mówi niewiele. A jeżeli coś, to jakoś tak jakby nie wiedział co ma na myśli. Tylko powtarza dobrze znane pisowskie myśli: drożyzna, tak dla CPK, obetnę podatki…
W czwartek natomiast stwierdził: „Jako Prezydent będę wspierał rozwój sztucznej inteligencji…”. Jeżeli mogę mieć jakieś życzenie do kandydatów, to bardzo bym poprosił: spróbujmy uratować tę naturalną. Pomożecie?
Nie pomogą. Z prostej przyczyny. Większość polityków, głoszących się demokratami, tak naprawdę myśli jak niejaki Kazimierz Pawlak z filmu „Kochaj albo rzuć”: A co to za demokracja gdzie każdy może mieć swoje zdanie?
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze