Znamienne jest, że jedyny pomnik polskiego króla we Wrocławiu to prywatna inicjatywa. Władzom, które jak pijany płotu uczepiły się pięknie brzmiącego politycznie hasła „miasto otwarte”, łatwiej jest mówić o oddawaniu czci Niemcom, Ukraińcom czy Żydom, niż tym, którzy rządzili tu przed wiekami przez 400 lat, a teraz ponownie już 80. Przecież honorowanie polskich bohaterów, symboli czy śladów nijak nie może obrażać innych narodowości. Tylko my się jakoś dziwnie tych innych ciągle boimy. Dlaczego?
Przewrażliwionym spieszę od razu wyjaśnić, że nie jest to żaden nowy manifest nacjonalizmu, faszyzmu, ksenofobii czy nawet patriotyzmu, choć pewnie tu jest najbliżej. To po prostu zauważenie pewnych faktów związanych z naszą historią, identyfikacją narodową i umiłowaniem tradycji.
I muszę też wyjaśnić, że doskonale zdaję sobie sprawę, że Wrocław, w wyniku porozumień jałtańskich i poczdamskich, od 1945 roku należy do Polski. Przecież szkoły kończyłem zanim resort oświaty objęła Barbara Nowacka i spółka, więc podstawową wiedzę historyczną jakąś tam mam, gdyby kogoś zastanowił tytuł tekstu.
Mnie natomiast zastanawia od lat jedno. Dlaczego tak trudno się rozmawia o historycznej polskości Wrocławia i w ogóle przepięknej i bogatej historii naszego regionu. Przecież znawcy dziejów już dawno policzyli, że ponad 400 lat Wrocław należał do Czechów, 400 do Polski, a 200 do Niemców, którzy wcześniej byli Prusakami. Oczywiście ta matematyka historyczna jest trochę umowna, bo rozmawianie o państwowości czy narodach w wiekach średnich czy nawet tych późniejszych to sprawa dość skomplikowana i nie będziemy jej tutaj roztrząsać. Po wielu też różnych badaniach historycy uznali, że Wrocław, gród na Ostrowie Tumskim, założył w 985 roku Mieszko I, a jego syn Bolesław Chrobry w 1000 roku załatwił, że będzie tu biskupstwo.
Oczywiście, wykładnia Platformy Obywatelskiej, która w różnych wcieleniach rządzi naszym miastem od 30 lat, na temat pierwszych Piastów jest znana. Jak już kiedyś wspominałem została przedstawiona przez senator Barbarę Zdrojewską: „Możemy się (…) domyślać, jak się zachowywał i kim był Mieszko I, na podstawie tego, jak się zachowywali inni władcy tego typu w tym czasie i na terenie tej części Europy. I możemy sobie powiedzieć… można domniemywać, że był to zabijaka i zapewne palił, gwałcił”.
Tylko czy to powoduje, że mamy z tą polskością taki problem? Temat powrócił, gdy tak hucznie (kampania wyborcza) obchodzono 1000-lecie koronacji Chrobrego na pierwszego polskiego króla, a wrocławianie pamiętają w jakich bólach powstawał jego pomnik 18 lat temu. Pomnik, który nie został wymyślony przez żadnego urzędnika czy polityka, a trzech młodych mieszkańców naszego miasta. Doszli oni do wniosku, że to trochę wstyd, iż w żaden sposób nie jest tu upamiętniony władca, który przyczynił się do rozwoju Wrocławia jako metropolii. Który założył tu biskupstwo i ufundował katedrę. A w 1000 roku przyjechał do niego do Gniezna cesarz rzymski Otton III, co znaczyło, że uważał go za znaczącą postać w ówczesnej Europie.
Może się Państwo zdziwią, ale wtedy, pod koniec XX wieku, gdy wreszcie można było swobodnie mówić o niemieckiej historii tego miasta, to prędzej urzędnikom przyszedłby do głowy pomysł uczczenia cesarza niemieckiego niż króla polskiego. I oczywiście nic złego nie było w tym, że tak chętnie rozmawiano o dziejach miasta z czasów, gdy nazywało się Breslau, ale po prostu doszło do klasycznego przypadku wylania dziecka z kąpielą. Miało to przytłumić echa peerelowskiej prymitywnej propagandy o piastowskim Wrocławiu. Z tym, że ona owszem była bardzo prymitywna, ale Wrocław przecież piastowskim był, co już przed chwilą zostało wykazane. I jeszcze długo po Mieszku i Chrobrym.
A gdy wreszcie, po 10 latach męki i użerania się z politykami i urzędnikami, udało się trzem wrocławianom doprowadzić do odsłonięcia pomnika Bolesława Chrobrego, to pojawiła się kolejna propozycja. Prof. Jerzy Maroń, historyk z Uniwersytetu Wrocławskiego, stwierdził, że nawet „bardziej pomnik we Wrocławiu należy się Henrykowi Brodatemu. Tak dobrze rządził Śląskiem, że do połowy XIX wieku był najbogatszym regionem tej części Europy”.
Minęło 18 lat i nawet nikt się zająknął o postawieniu takiego pomnika. Może on też „był zabijaka i zapewne palił, gwałcił”? Tych Piastów trochę by się nazbierało. A i przynajmniej jeszcze dwóch Jagiellonów - Władysław II i Ludwik - którzy jako królowie Czech też władali naszym miastem, gdy ono należało do naszych południowych sąsiadów. Może potomkowie Władysława Jagiełły już mniej palili…
Pewnie czas najwyższy postawić pytanie: po co nam te pomniki? Są dziesiątki powodów, ale ten najważniejszy to chyba taki, że w czasach, gdy edukacja młodych ludzi zbliża się poziomu z czasów pierwszych Piastów, gdy tak ktoś sobie przejdzie obok takiego pomnika lub nawet przysiądzie na nim z puszką napoju to może się zastanowi: a kim był ten Władysław II Jagiellończyk? I może nawet wygoogla…
Zresztą nie tylko pomniki są nam do tego potrzebne. Ale przed wszystkim poważne trak towanie jako ważnego polskiego ośrodka, co działo się nawet za czasów Władysława Gomułki. Według badaczy ów komunistyczny przywódca pierwszy zaczyna nasz region traktować poważnie. Jest to mu potrzebne do różnych celów politycznych. Jak zauważył kiedyś znawca historii najnowszej prof. Jakub Tyszkiewicz z Uniwersytetu Wrocławskiego: „ (…) w jego polityce Ziemie Odzyskane zaczynają odgrywać ważną rolę, po kompletnym marazmie lat stalinowskich, kiedy wywożono stąd jedynie cegłę i inne cenne materiały. Traktowano wtedy te tereny jako róg obfitości, z którego można wszystko zabrać. Za Gomułki zaczyna się ich porządkowanie i częściowa odbudowa, a on sam zjawia się tutaj na wielkie rocznice z okazji przyłączenia, na przykład w 1965 roku. Zresztą w tym roku jest we Wrocławiu dwa razy, bo spotyka się tutaj także z Leonidem Breżniewem, który przyjeżdża na Dolny Śląsk, rok po objęciu władzy na Kremlu”.
Właśnie dla tych różnych celów politycznych zaczyna się masowo uprawiać ową „piastowską propagandę”.
Daleki jestem od gloryfikowania Gomułki i tamtych czasów, tylko czy epoka jego rządów to nie ostatnie momenty, gdy ktoś na poważnie z władz centralnych zajmuje się naszym miastem czy regionem? Nawet jak wiele lat później mieliśmy premiera z Wrocławia – Mateusza Morawieckiego – to w jakiś sposób ranga naszego miasta wzrosła? Doczekaliśmy się inwestycji, z której cała Polska byłaby dumna?
Albo gdy ministrem kultury w pierwszym rządzie Donalda Tuska był Bogdan Zdrojewski? Przecież były prezydent Wrocławia. Wtedy właśnie rodził się pomysł, aby w naszym mieście powstało wielkie Muzeum Ziem Zachodnich, które odwiedzaliby turyści z całej Europy. Ale oczywiście zaczęły się dyskusje jak je zrobić żeby nie urazić Niemców, Ukraińców i nie pominąć kwestii żydowskiej… Przyczyny upadku pomysłu dokładnie kilkanaście lat temu wyjaśnił obecny senator Trzeciej Drogi Kazimierz Michał Ujazdowski, który był ministrem kultury przed Zdrojewskim:
„W roku 2008 minister Zdrojewski zerwał umowę z Wrocławiem i skreślił inwestycję z listy projektów finansowanych z Unii Europejskiej. Odpowiedzialność za budowę Muzeum przyjęło miasto zmniejszając - co zrozumiałe - wielkość inwestycji. (…) Bardzo wymowne jest to, że ministerialny zespół oceniający projekt uznał, że budowa tej instytucji ma charakter lokalny i nie jest spójna z polityką kulturalną państwa. Ten argument mówi bardzo wiele o prawdziwych motywacjach polityka PO. Muzeum Ziem Zachodnich pomyślane było jako placówka o znaczeniu narodowym”.
Trawestując brutalnie Wrocław od lat nie jest spójny z polityką państwa, a historii boimy się bardziej niż teraźniejszości.
Pamiętają bowiem Państwo kilkunastoletnią batalię o Pomnik Żołnierzy Niezłomnych, którego powstanie dość skutecznie blokowały środowiska polityczne związane ze spadkobiercami esbeckiej tradycji. Albo jak kłócono się o projekt i treść inskrypcji Pomnika Pomordowanych na Kresach, którego pełna nazwa tak naprawdę brzmi Pomnik-mauzoleum pomordowanej ludności polskiej na Kresach Płd.-Wsch. przez OUN i UPA?
Dlatego też już nie było zaskoczeniem jak kilka lat temu zaprzepaszczono kolejny pomysł, który zrodził się w głowie jednego z uniwersyteckich profesorów. Ów naukowiec, wcale nie historyk, wymarzył sobie, aby gdzieś w rejonie naszej największej uczelni powstały ławeczki upamiętniające najsłynniejszych powojennych naukowców. Szanowni, jaka rozpętała się dyskusja. A on przecież jednak współpracował z władzami PRL, a tamten Żyd i może być celem ataków narodowców, ten znowu chyba jednak nie aż tak ważny…
Na szczęście już o żadnym nie padło „można domniemywać, że był to zabijaka i zapewne palił, gwałcił”.
A ponieważ w sobotę jest Święto Narodowe Trzeciego Maja, to pozwolę sobie zakończyć słowami Zbigniewa Herberta, któremu zapewne ministerka Barbara Nowacka już zrobiła „kill him”: Naród, który traci pamięć, traci sumienie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Przepraszam za przejęzyczenie, nie kretynów, tylko kretów z Gl. Śląska. Komórka mi podstawiła błędne słowo, którego użycie nie było intencją. Kretyn to określenie adekwatne do konkretnej osoby a nie grupy. Krety to co innego. Oznacza całą społeczność Górnego Śląska.
Mam nadzieję, że nadchodzi czas, kiedy znikną zapisy nieformalnej cenzury na niektóre nazwiska i wydarzenia. Chodzi o upamiętnienie osób i faktów mających znaczenie dla Wrocławia. Między innymi o przywołanego w artykule Władysława Gomułkę. Przypomnę, że w latach 80- tych XX wieku nazwano na jego część wzgórze, które obecnie nosi imię gen. Andersa. Nie mam nic przeciwko upamiętnieniu Generała, ale przecież zasługi dla Wrocławia Władysława Gomułki są wielokrotnie większe. Inną postacią wartą godnego upamiętnienie jest prof Tadeusz Porębski, dzięki któremu Wrocław stał się czołowym ośrodkiem akademickim w Polsce. Pomijanie ważnych osób jest po prostu fałszowaniem historii.
Breslau to Breslau. Zawsze będzie niemiecki. O to walczył mój dziadek.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Przepraszam za przejęzyczenie, nie kretynów, tylko kretów z Gl. Śląska. Komórka mi podstawiła błędne słowo, którego użycie nie było intencją. Kretyn to określenie adekwatne do konkretnej osoby a nie grupy. Krety to co innego. Oznacza całą społeczność Górnego Śląska.
Mam nadzieję, że nadchodzi czas, kiedy znikną zapisy nieformalnej cenzury na niektóre nazwiska i wydarzenia. Chodzi o upamiętnienie osób i faktów mających znaczenie dla Wrocławia. Między innymi o przywołanego w artykule Władysława Gomułkę. Przypomnę, że w latach 80- tych XX wieku nazwano na jego część wzgórze, które obecnie nosi imię gen. Andersa. Nie mam nic przeciwko upamiętnieniu Generała, ale przecież zasługi dla Wrocławia Władysława Gomułki są wielokrotnie większe. Inną postacią wartą godnego upamiętnienie jest prof Tadeusz Porębski, dzięki któremu Wrocław stał się czołowym ośrodkiem akademickim w Polsce. Pomijanie ważnych osób jest po prostu fałszowaniem historii.