Gotowi, by wskazać co ma większy wpływ na przyszłość Polski – niejasności przy zakupie kawalerki w Gdańsku czy eksmisje z kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 66? Bo wielu do tego brutalnie sprowadziło kończącą się kampanię wyborczą. A potem zdziwienie, że coraz częściej pojawiają się opinie, iż demokracja ma wady. Co więcej, urząd prezydenta RP jawi nam się nieszczególnie praktycznie od początku jego istnienia. Już przed wojną mówiono „prezydenci RP nie mają szczęścia, ponieważ jednego zastrzelono jak psa, drugiego wypędzono jak psa, trzeci słucha jak pies”. W historii był chyba tylko jeden dobry kandydat, ale nie wybrano go, ponieważ zabrakło mu odwagi, by wystartować...
To sięgnijmy jeszcze głębiej do historii. Do końca XIX wieku, gdy Samuel Langhorne Clemens, znany jak Mark Twain, dość precyzyjnie określił na czym polega polityka i kampania wyborcza: „Po co wydawać pieniądze na drzewo genealogiczne? Zajmij się polityką, a twoi przeciwnicy zrobią je za ciebie”.
A w innym miejscu:
„Gdyby tabliczkę mnożenia można było przekształcić w program partii demokratycznej republikanie odrzuciliby ją w wyborach”.
I coś się zmieniło? Tylko tyle, że potem wymyślono telewizję i internet z mediami społecznościowymi, więc intensywność takich komunikatów jest bardziej dotkliwa. Czasami za bardzo.
Podczas kończącej się kampanii sztaby wyborcze prześcigały się we wzajemnych oskarżeniach, wyszukiwaniu haków i tajemniczych spraw z przeszłości, których dogłębne wyjaśnienie nikomu nie jest na rękę. No i często są to sprawy, które wytłumaczyć metodą zerojedynkową pewnie jest trudno, zwłaszcza po iluś tam latach. W tym wszystkim dość intensywny, NIESTETY, udział mediów, które w czasie kampanii „docierają” do takich faktów, że normalnie przy nich Watergate to dobranocka. Nikogo tylko jakoś nie dziwi, że „docierają” zawsze wtedy, gdy którejś ze stron jest to akurat potrzebne, co politycy udowadniają uruchamiając natychmiast precyzyjnie zaplanowane akcje. A wszystko oczywiście okraszone hasłami o walce z mową nienawiści. Nie ma takiego emotikonu, który by to zobrazował…
Od początku było wiadomo, że w wyścigu będą liczyć się tylko przedstawiciele dwóch obozów, tych naszych republikanów i demokratów. Pozostała jedenastka, mimo ambitnej postawy, nie jest w stanie wyjść z roli planktonu. Choć przez chwilę nawet niektórzy z nich przybierali postać niewielkich rekinów. Ale obawiam się, że tylko dlatego, że któremuś z tych dwóch wielkich było to na rękę.
Widać to przecież było podczas ostatnich wyborów parlamentarnych, które wbrew akcjom wizerunkowym, a przez to masowemu przekonaniu, wcale nie wygrała Platforma Obywatelska, a Prawo i Sprawiedliwość. Tylko, że Donald Tusk, już na etapie kampanii wyborczej, zaczął myśleć koalicyjnie i udało mu się przekonać nieprzekonanych do PO, by zagłosowali na Polskę 2050-PSL lub Lewicę. Gdyby Jarosław Kaczyński umiał to dokonać z Konfederacją na pewno dziś jego ugrupowanie nie byłoby w opozycji. Podobno często chodzi do kościoła, ale jakoś nieuważnie słucha czytań lub zapomniał, co zapisano w biblijnej Księdze Przysłów: „Pycha chodzi przed upadkiem, a wyniosłość ducha przed ruiną”.
Na kilkadziesiąt godzin przed głosowaniem jesteśmy w sytuacji, gdy naprzeciwko siebie stoją dwa dość jeszcze potężne legiony zdeterminowanych „moherowych beretów”, mikro legiony wiernych mniejszym ugrupowaniom i coraz większe grono poszukujących. Dokonają wyboru, ponieważ któryś z owej trzynastki im się spodobał podczas debaty, coś miłego o nim usłyszeli lub mówiąc brutalnie dali się nabrać któremuś ze sztabów „republikanów” lub „demokratów”. Czy to już są wybory „chybił-trafił”? Coraz bardziej.
Oczywiście jest jeszcze jedno rozwiązanie. Unieważnienie wyborów na którymś etapie. To w Europie się dzieje. U nas coraz częściej się o tym wspomina i z jakiegoś powodu od kilku dni dość mocno nagłaśniana jest kwestia ingerencji w kampanię wyborczą w internecie „obcych”. Do próby unieważnienia przez którąś ze stron może dojść z kilku powodów. Nie tylko dlatego, że pojawia się strach przed przegraną. A pomyśleliby Państwo na przykład o takiej możliwości, że Donald Tusk i jego otoczenie chciałby już wymienić kandydata, który chyba PO już nie zadowala? Lub zobaczyli jakąś jego tajemniczą słabość? O tym braku zadowolenia udało mi się usłyszeć z ust kliku prominentnych działaczy tej partii. A w tej chwili to jedyna droga takiej wymiany... Wymiana może być też na rękę PiS-owi, ale ich siła sprawcza jest zapewne w tym zakresie nieco mniejsza.
Czy zawsze było tak kiepsko z wyborem prezydenta? Tych realnych i oczywistych, wliczając w to PRL, mieliśmy dziesięciu i proszę mi wybaczyć, że w tej matematyce pominąłem prezydentów RP na uchodźstwie. W żaden sposób tych postaci nie lekceważę, ale ich realny wpływa na nasze życie był po prostu znikomy. Pierwsi trzej nie byli wskazywani w wyborach bezpośrednich, a przez Zgromadzenie Narodowe. Podobnie jak w 1989 roku Wojciech Jaruzelski. Jak prezydentem w 1947 roku został Bolesław Bierut chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba.
I właśnie o owych trzech pierwszych – Gabrielu Narutowicz, Stanisławie Wojciechowskim i Ignacym Mościckim - powtarzano cytowane już słowa „prezydenci RP nie mają szczęścia, ponieważ jednego zastrzelono jak psa, drugiego wypędzono jak psa, trzeci słucha jak pies”. A za wygłoszenie owej frazy na wiecu, działacz PPS Adam Ciołkosz trafił na 8 miesięcy do więzienia. Za „obrazę Pana Prezydenta RP”. Teraz już niemożliwe. Jak orzekł sąd w przypadku, gdy pewien pisarz nazwał Andrzej Dudę „debilem”, było to „prawo do formułowania krytycznych, nawet bardzo ostrych ocen, o ile służą one debacie publicznej”.
Dopiero od 1990 roku wybieramy prezydenta w wyborach bezpośrednich. I kolejno postawiliśmy na Lecha Wałęsę, Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Kaczyńskiego, Bronisława Komorowskiego i Andrzej Dudę. Doskonale ich Państwo pamiętają, więc nie ma sensu opisywać dokonań owych mężów stanu. Warto jedynie dodać, że w powszechnej opinii, czytaj w sondażach, jako najlepszy na ogół wskazywany jest przedstawiciel postkomunistycznej lewicy Aleksander Kwaśniewski.
O ile prezydenci byli jacy byli, to wrocławskocentryczne myślenie powoduje, że muszę wspomnieć o jeszcze jednej postaci. Polityku, który wydawał się w tym trzydziestoleciu najlepszym kandydatem na prezydenta RP, który ma bardzo ograniczone kompetencje. Na ogół reprezentacyjne, ale powinien mieć też predyspozycje koncyliacyjne. Mowa tu oczywiście o byłym prezydencie Wrocławia Rafale Dutkiewiczu. Jako prezydent Wrocławia, wbrew powszechnemu mniemaniu, niekoniecznie się sprawdził, ale nie o tym to rzecz. Chyba jako ostatni doprowadził do powstania koalicji PO i PiS, gdy ubiegał się o fotel prezydenta Wrocławia i zaczynał pierwszą kadencję w 2002 roku. W wielu środowiskach czuł się jak ryba w wodzie. I po kilku latach obudziły się w nim ambicje wybiegające poza Wrocław. Poważnego kształtu zaczynały one nabierać przed 2010 rokiem. Powstał Ruch Obywatelski Polska XXI. Powołali go, obok Dutkiewicza, między innymi były wiceprezes PiS poseł Kazimierz Michał Ujazdowski i zmarginalizowany polityk PO Jan Rokita. Ugrupowanie to zaczęło forsować prezydenta Wrocławia na kandydata w wyborach prezydenckich 2010 roku. Nawet Aleksander Kwaśniewski zapytany wtedy w jednym z wywiadów, kto będzie następnym prezydentem, bez wahania odpowiedział – Rafał Dutkiewicz.
Nic z tego nie wyszło, ponieważ pomysł bardzo nie spodobał się PO, choć w pewnym momencie nawet zaczęto przekonywać kierownictwo Platformy, by Dutkiewicz był i ich kandydatem. Niby powiedziano prezydentowi Wrocławia, żeby chwilowo się powstrzymał, zamiast tego obiecano mu stanowisko wicepremiera, ale do rządu też nie trafił. Został oszukany? Zapewne, ale chyba i jego doradcy niezbyt szczęśliwie całą sprawę poprowadzili. Platforma w efekcie postawiła na Bronisława Komorowskiego. A ta nominacja, patrząc z dzisiejszego punktu widzenia, mogła być bardzo pozytywna i dla Wrocławia. Cierpiący na przerost ambicji i chęć zostania ulubieńcem publiczności Rafał Dutkiewic, za wszelką cenę pragnął zrobić z piłkarskiego Śląska Wrocław, który właśnie co skomunalizował, gwiazdę Ligi Mistrzów. Tylko umiejętności brakło.
Gdyby ktoś wtedy zastąpił Dutkiewicza w ratuszu, może trochę inaczej poprowadziłby sprawę, a gmina nie musiałby co roku wydawać, od 18 lat, milionów na profesjonalny sport. Zresztą z marnym skutkiem. Czyli spadkiem drużyny do niższej klasy rozgrywek. I dla dobra miasta, wiem narażam się zagorzałem kibicom, klub tam powinien zostać, a może nawet i jeszcze niżej, do czasu, gdy wreszcie znajdą się ludzie, którzy zaczną robić na tym po prostu biznes. A przecież kibice, jeśli są naprawdę wierni, to spokojnie mogą kibicować też w niższych ligach. Przecież wszędzie „piłka jest okrągła, a bramki są dwie”.
To podobnie jak wyborami. Tylko w polityce ponad 90 procent meczu rozgrywa się w zakamarkach szatni. A jedynie wyborcom przedstawia się to jako wspaniałe widowisko rozgrywane według zasad fair play.
Jest też na to inne powiedzenie, które chyba przypomniałem przy wyborach samorządowych, ale przez te miesiące zasady się nie zmieniły – „Gdy rozum śpi, robi się wybory”. To nie Mark Twain, to Donald Tusk.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze