Reklama

Wrocławskie akcenty w odlotowej polskiej komedii [RECENZJA]

15/09/2018 12:26

Komedia „Juliusz” to zaskakujący powiew świeżości w polskim kinie. Mieszkający we Wrocławiu aktor Wojciech Mecwaldowski rewelacyjnie wcielił się w głównego bohatera filmu, którego fragmenty mogą się stać kultowe i zapisać się w historii polskiej kinematografii.

Co ciekawe, jednym z producentów „Juliusza” jest Radosław Drabik, który przez lata był dyrektorem zarządzającym Stowarzyszeniem Nowe Horyzonty i prawą ręką Romana Gutka. Odpowiadał więc za organizacje największego festiwalu filmowego w Polsce, który ma miejsce we Wrocławiu. Wspólnie z dziennikarzem i krytykiem filmowym Michałem Chacińskim założyli firmę producencką, w ramach której produkują filmy z prywatnych pieniędzy. Sukces komercyjny komedii romantycznej „Planeta Singli” sprawił, że w przerwie od pracy nad jej kolejnymi częściami postanowili zrealizować niepoprawną i niegrzeczną komedię, jakiej jeszcze w Polsce nie było.


Zainspirował ich serial komediowy, nad którym pracowali komicy Abelard Giza i Kacper Ruciński oraz dziennikarz Kamil Śmiałkowski. Zdecydowali się wspólnie z nimi napisać scenariusz komediowego filmu, reżyserię powierzając 21-letniemu, utalentowanemu reżyserowi Aleksandrowi Pietrzakowi, znanemu z krótkometrażowej komedii „Mocna kawa wcale nie jest taka zła”, w której zagrali Marian Dziędziel i Wojciech Mecwaldowski. Producenci „Juliusza” spotkali się z tym ostatnim w jednej z wrocławskich restauracji i zaproponowali mu, żeby zagrał w „Juliuszu” główną rolę. Okazało się to strzałem w dziesiątkę.

Reklama

Ta komedia została zrealizowana w zawrotnym tempie 24 dni i na szczęście ekipie filmowej sprzyjała pogoda. Na planie nie obyło się jednak bez problemów i kryzysowych sytuacji. Niektóre sceny trzeba było nakręcić inaczej, bo okazało się, że nakręcenie ich zgodnie z pierwotnymi założeniami było zbyt trudne. Skomplikowane w realizacji były też sceny ze zwierzętami, które nie wykazywały chęci, żeby robić to, czego oczekiwali od nich twórcy filmu.


Ci od początku założyli sobie, że chcą nakręcić komedię w duchu amerykańskiego kina niezależnego. Producenci po 40-tce celowo zaangażowali też do tego projektu młodego filmowca, który zaproponował zupełnie inne, świeże spojrzenie.

Reklama

Zaowocowało to zaskakującą komedią, pełną niespodzianek i przepysznych żartów. Co prawda ten film jest nierówna i widać, że pracowali nad nim eksperci od skeczy, ale „Juliusz” ma w sobie dużo uroku i dowcipu. To zarazem film niegłupi, który potrafi zarówno rozbawić, jak i wzruszyć.


Ta produkcja wiele zyskała też za sprawą aktorów. Wojciech Mecwaldowski znakomicie sprostał postawionemu przed nim zadaniu. W wywiadach przyznał jednak, że było to dla niego wyzwanie i na planie robił wszystko, by nie szarżować aktorsko niczym Louis de Funès.

Reklama

Mecwaldowski stworzył rewelacyjny duet z równie znakomitym Janem Peszkiem, ale prawdziwym odkryciem okazała się Anna Smołowik w swojej pierwszej tak dużej roli. Między nią a Mecwaldowskim jest chemia, a przede wszystkim świetnie się dopełniają i uzupełniają. W kilku scenach przyćmił ich natomiast przezabawny Rafał Rutkowski.


Przepyszne są także epizody w wykonaniu m.in. Macieja Stuhra, Krystyny Jandy czy Krzysztofa Materny. Z drugiej strony odnoszę wrażenie, że nie wykorzystano w pełni potencjału Jerzego SkolimowskiegoAndrzeja Chyry.

Reklama

Mimo wszystko „Juliusza”, który kinową premierę miał w piątek, 14 września, zdecydowanie warto obejrzeć i trzymam kciuki za komercyjny sukces tego filmu, bo być może utwierdzi on producentów w przekonaniu, że warto ryzykować i stawiać na takie projekty.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo tuWroclaw.com




Reklama
Najnowsze wiadomości