Dzielciuch był miejscem, do którego można było zanieść ubrania po dzieciach i wybrać sobie inne. Miał funkcjonować jako punkt wymiany, tylko z ubraniami dla dzieci. Ale ta formuła się wyczerpała. Dlaczego? Czy punkty wymiany rzeczy, mające na celu wspierać osoby w potrzebie lub po prostu promować ideę zero waste, nie mają już racji bytu?
Jeżeli jesteś rodzicem, na pewno znany jest Ci problem zalegających ubranek dla dzieci - są już za małe, ale szkoda wyrzucać, bo albo jeszcze się przydadzą, albo wciąż są dobrej jakości i mogłyby komuś posłużyć.
I tak do 2024 roku przy ulicy Inflanckiej 4 działał Dzielciuch - punkt, w którym można było te zalegające ubranka zostawić albo wybrać dla swojego dziecka inne.
- Ta formuła wymiany w Dzielciuchu dla rodziców świadomych ekologicznie się wyczerpała, a założenia zderzyły się z rzeczywistością mimo szczerych chęci z kilku powodów: brak funduszy na utrzymanie, traktowanie klubu jako zrzutu na odpady, nadużywanie Dzielciucha przez osoby, które często walizkami pobierały najlepsze ubrania, niska jakość przynoszonych ubrań i niska wartość tych ubrań - opowiada Dominik Krawczyk, twórca Dzielciucha i przyznaje, że niejednokrotnie musiał dokładać do tego z własnej kieszeni. - Chwała wszystkim, którzy prowadzą takie punkty, bo wymaga to poświęceń, wyrzeczeń i ponoszenia kosztów własnych. Dodaje też, że podobne doświadczenia mają osoby prowadzące inne punkty wymiany, np. swego czasu popularne swapy.
Do tego dochodzi jeszcze jeden problem: nikt nie ma możliwości weryfikacji, czy osoby, które faktycznie z takich prospołecznych punktów korzystają, faktycznie są w potrzebie, czy chcą na tych ubraniach zarobić, sprzedając je dalej.
Czy zatem Dzielciuch umarł? Nie.
- Wciąż przychodzą do nas mamy z dwoma komunikatami. "Nie mam co z tym zrobić, weźcie to ode mnie" albo "Mam tego za dużo, chcę to sprzedać, ale mi nie wyszło i znalazłam Was". A my wciąż działamy, tylko przez Internet - tłumaczy Dominik Krawczyk. - Jest nadpodaż ubranek, jednocześnie spadająca dzietność, a ubranka to towar o niskiej wartości. To powoduje, że mamy nie mają co robić z odzieżą, więc wolą ją szybko oddać. Współpracujemy z mamami, które mają trochę przestrzeni i wolnego czasu i to one są naszymi partnerkami. To one zajmują się całym procesem, począwszy od przebrania rzeczy, sfotografowania ich, wystawienia i opisania, po zwroty. A mamy, które chcą nam oddać ubrania, wciąż mogą to zrobić, wysyłając je lub dowożąc pod adres jednej z takich partnerek.
I tak w dawnym Dzielciuchu ludzie wynosili walizki co lepszych ubrań. Teraz, jeżeli ktoś chce pozyskać takie ubrania, musi zapłacić. Wciąż są to małe kwoty, od 2 do 15 złotych, ale to już nie ten sam Dzielciuch, który działał na zasadzie: "weź za darmo".
- Nie chcę generalizować, czy to nasza polska cecha, bo nawet nie wiem, jak takie punkty działają w innych krajach i jak w innych krajach sprawdza się działalność prospołeczna. Ale mam wrażenie, że nie tylko my walczyliśmy z tym problemem. To jest problem wielu fundacji, które chcą coś dać za darmo lub działają na zasadzie wymiany - podsumowuje Dominik Krawczyk. - Bardzo bym chciał aby otwartość i zaufanie zawsze były przez innych rozsądnie wykorzystywane, ale przy braku weryfikacji jest to trudne i niestety nie ma szans utrzymać się w dłuższej perspektywie.
A ile zarabiają partnerki (mamy), które faktycznie chcą teraz działać pod szyldem Dzielciucha i otrzymane ubranka sprzedawać? Miesięcznie średnio od 1000 do 4000 złotych.
Aktualnie we Wrocławiu aktywne są cztery kluby w formule stacjonarnej (mieszczą się w prywatnych mieszkaniach) i online'owej - można przekazać lub zakupić ubrania wysyłkowo lub umawiając się wcześniej do klubu prowadzonego przez partnerkę.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
haha, 100% prawdy. Kiedy zapytałem znajomego restauratora, po co zatrudnia obsługę kelnerską w Sylwestra, skoro ludzie mogli by się sami obsłużyć. W odpowiedzi usłyszałem to samo. Po jednej takiej imprezie ze szwedzkim stołem stwierdził że Polacy jeszcze nie dorośli do tego. A bydło jak popije to już w ogóle...
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
haha, 100% prawdy. Kiedy zapytałem znajomego restauratora, po co zatrudnia obsługę kelnerską w Sylwestra, skoro ludzie mogli by się sami obsłużyć. W odpowiedzi usłyszałem to samo. Po jednej takiej imprezie ze szwedzkim stołem stwierdził że Polacy jeszcze nie dorośli do tego. A bydło jak popije to już w ogóle...