Krajobraz po bitwie we wrocławskiej PO? Pobojowisko, choć nawet bitwy nie było. Politycy tej formacji wykazali się wolą walki niczym żołnierze kompani wartowniczej w Sátoraljaújhely. Donald Tusk popatrzył tylko groźnie i wszyscy pochowali się w norach lub nagle uwierzyli, że prezydentura Jacka Sutryka była „poprawna”. Jedynie u rodziny Zdrojewskich ewentualnie przez kilka dni zupy nie będzie, a koalicjanci Platformy czują się i zachowuję niczym gangster Miazga, gdy do miasta wrócił gangster Tosiek.
Jednak na początek skromniutki łyczek czystej wody w tym bagnie upolitycznionego i upartyjnionego samorządu. Dwa przykłady, że są ludzie, dla których sam Wrocław jest pewną wartością. Dla nich bycie wspólnotą lokalną i praca na jej rzecz to naprawdę coś ważnego, chyba nawet ważniejszego niż chore ambicje partyjnych kacyków.
Pierwsza sytuacja, gdy skłócony wrocławski PiS ogłosił wreszcie kandydata na prezydenta, którym nie stał się uważany z głównego faworyta radny Andrzej Kilijanek. Radny podczas mijającej kadencji zasłynął wieloma zauważalnymi wystąpieniami, a przede wszystkim pokazywał, że wie jak ma wyglądać Wrocław. PiS, rękami kilku pań powszechnie uznawanych za grupę elegancko uczesanych działaczek (powiedziały mi że Gang Tapirów ta nazwa nieelegancka i szanuję to), dezaktywował pana Kilijanka i wskazał na kompletnie nieznanego w naszym mieście Łukasza Kasztelowicza. Do tej pory najwybitniejsi badacze nie ustalili, co autorki miały na myśli.
W tej sytuacji zabrał głos Robert Suligowski, lider wrocławskich Zielonych.
- Żałuję Andrzeja Kilijanka. Dzieli nas prawie wszystko politycznie, ale pracowitości uczciwie odmówić nie umiem - napisał. - Nazwisko kandydata PiS widzę pierwszy raz. Druga tura we Wrocławiu będzie, ale bez PiS-u.
Sytuacja druga. Kilka dni później w dość dziwny, żeby nie powiedzieć ekwilibrystyczny, sposób Donald Tusk dezaktywował posła Michała Jarosa, którego lokalni działacze, nie tylko PO, ale i całej tutejszej Koalicji Obywatelskiej, chcieli wystawić jako kandydata na prezydenta Wrocławia. Donald Tusk, początkowo po cichu, a potem otwarcie wsparł skompromitowanego Jacka Sutryka.
W tym momencie odezwał się przywołany Andrzej Kilijanek: „ Możemy sobie z Michałem przybić piątkę”.
To wracamy na ciemną stronę Księżyca. Przychodzi dzień 14 lutego, gdy o godzinie 16 mija termin zgłaszania kandydatów na prezydenta miasta. Tusk milczy. Zgodnie z przewidywaniami już wszyscy wiedzą, że Michał Jaros tego poparcia nie uzyska.
Ciśnienia nie wytrzymuje niejaki Marek Łapiński, który najbardziej znany jest jako twarz pierwszej wielkiej afery związanej z Jackiem Sutrykiem, czyli afery wrocławskiego TBS. I kilka minut przed 16, niczym Filip z konopi, wyskakuje z informacją „kandyduję na marszałka” w nowej kadencji i taką informację doklejał do swoich materiałów wyborczych. Znający się na rzeczy przypominają mu, że marszałka nie wybiera się 7 kwietnia w wyborach bezpośrednich, a jedynie radnych sejmikowych, którzy potem wybierają marszałka. Ale skądś powzięta informacja tak Łapińskiego ucieszyła, że biegał z nią po internecie niczym niedawno poseł Franciszek Sterczewski z torbą pod granicą białoruską. Nie jest tajemnicą, że Łapiński nigdy nie przepadał za Jarosem. Ale nie jest też tajemnicą, że Marek Łapiński, także szef sejmikowego klubu KO, uchodził przez pięć lat za jednego z najmniej skutecznych polityków. To taki eufemizm, bo w kuluarach używano innych określeń. Co chciał przeprowadzić akcję (na przykład odwołanie pisowskiego przewodniczącego sejmiku) i uważał, że odniesie sukces, to gdy przechodziło do głosowania - kompromitacja. I tak kilka razy. No jest chłop mocny w politycznych rachunkach. Dopiero, gdy z odsieczą przyszedł Jaros, jako szef regionalny PO i bez problemu dogadał głosujących nagle KO zaczęła odnosić sukcesy. Łapiński skwapliwie zapisywał je na swoje konto. Nie wdając się w dalsze szczegóły na pewno nie był faworytem Jarosa do objęcia jakiejkolwiek funkcji w kolejnej kadencji sejmiku, więc gdy notowania posła PO spadły normalnie nie wytrzymał. I nawet już przymierza łańcuch marszałka. Nie zmyślam, są zdjęcia.
Idźmy dalej. Przychodzi kolejny dzień, 15 marca. Wszyscy oczekują jakiś reakcji ludzi, którzy popierali Michała Jarosa krytykując mocno obecnego prezydenta. Że powiedzą: nie pozwalamy, hańba… Wiem, za dużo Sienkiewicza - pradziadka, nie prawnuka - się naczytałem. Nagle patrzę - odzywa się posłanka Zielonych Małgorzata Tracz, która prawie na każdej konferencji wspierała Jarosa. Co napisała na portalu społecznościowym?
- Dość cierpienia koni na Morskim Oku - napisała. Najpierw myślałem, że to może jakaś zaszyfrowana depesza do zwolenników jej kolegi z klubu parlamentarnego. Że „koń” to kryptonim Jarosa, a Morskie Oko to to wrocławskie kąpielisko i tam się spotykają. Nic z tych rzeczy. Michał Jaros musi w samotności cierpieć w rejonie innych jeziorek w okolicach Lasku Pilczyckiego.
Pani Tracz po prostu boi się Tuska i to cała tajemnica. Gdy sama próbowała, jako kandydatka Zielonych, startować w poprzednich wyborach na prezydenta Wrocławia uzyskała poparcie 1,35 proc., czyli 3487 głosów. Gdy w wyborach parlamentarnych Tusk panią Małgorzatę „przytulił” do listy KO i dał na tej liście numer drugi, tu już odnotowała poparcie ponad 17 tysięcy wyborców i bez problemu ma mandat. Choć i tak wynik nieporównywalny ze startującym z pozycji czwartej Bogdanem Zdrojewskim (85 tys.) czy choćby wspomnianym Jarosem, trzeci na liście - ponad 30 tysięcy. Jest co stracić, więc lepiej zająć się zwierzęciem pociągowym pod Zakopanem.
A reszta działaczy PO? Ich wola walki wygląda trochę jak u niejakiego szeregowego Józefa Szwejka lub u maruderów służących w kompanii wartowniczej w węgierskim Sátoraljaújhely. To bohaterowie książki Kazimierza Sejdy „C.K. Dezerterzy”, trochę wzorowanej na powieści Jarosława Haszka, którą większość zna z ekranizacji filmowej pod tym samym tytułem.
Z tym, że w PO następują też podobno cuda nawróceń. Nawet częściej niż Licheniu i Medziugorie razem wziętych.
Wiadomo bowiem, że gorącym zwolennikiem kandydatury Jarosa był poseł i były prezydent Wrocławia Bogdan Zdrojewski. I nawet w dniu 14 lutego ogłosił, że nie rozumie postępowania władz PO. A tu nagle odzywa się małżonka pana Bogdana, senator Barbara Zdrojewska i z entuzjazmem oznajmia: „Jacek Sutryk powalczy o drugą kadencję z poparciem premiera i Koalicji Obywatelskiej”. Internauci tylko lekko sprostowali, że nie KO a PO, ale i tak zapachniało konfliktem małżeńskim. Chyba, że jak to rezolutna małżonka postanowiła powalczyć o los rodziny i by przez te nieopatrzne wystąpienia pana Zdrojewskiego ów nie stracił szans na start do Parlamentu Europejskiego. Nie wnikam, czy w domu dodatkowo były ciche dni i pan poseł musiał częściej stołować się na mieście. Ale czuć wiatr zmian…
Takich jak widać w przemianie młodego członka PO i bliskiego współpracownika Bogdana Zdrojewskiego Tomasza Owczarka. Nie wiem, czy pani Barbara przy okazji nie udzieliła kilku „porad” panu Tomaszowi. Ów, mimo młodego wieku, dał się już poznać jako wojujący aktywista, który z różnym natężeniem uaktywniał się na miejskiej scenie politycznej. Pan Tomasz jako jeden z pierwszych, po wystąpieniu Donalda Tuska, oznajmił jeszcze stanowczo, że w pierwszej turze nie poprze Sutryka. Ale potem ta stanowczość przechodziła w jeszcze łagodniejsze stany.
Nie będę przypominał wszystkich wystąpień Tomasza Owczarka, na przestrzeni ostatnich miesięcy, by pokazać cud nawrócenia, ale kilka tygodni było tak:
„Wrocław zasługuje na lepszego gospodarza. Realnie otwartego na wrocławian, a nie ich masowo blokującego. Transparentnego i skupionego na rozwoju miasta, a nie na sobie i niejasnych powiązaniach finansowych. Kolejna kadencja to zbyt duże ryzyko kolejnych "rad" w spółkach. Dość!”.
A kilka dni temu tak:
„A Pan Prezydent też nie jest złem wcielonym. Ta mijająca kadencja była poprawna, można było zrobić więcej, lepiej, szybciej, były też błędy oraz zdarzenia i wypowiedzi, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Ale proszę nie przeginać w drugą stronę i nie nakręcać hejtu”.
Także ten tego… Nie zdziwię się jak zostanie wiceprezydentem.
Ale w najgorszej sytuacji są działacze sformowanej przez Michała Jarosa Koalicji dla Wrocławia, którzy znaleźli się na listach Koalicji Obywatelskiej, ale są z Zielonych, Nowoczesnej czy ruchów miejskich. Owszem, po kilku dniach zrobili niezbyt liczne wystąpienie i oznajmili, że nie zagłosują na Jacka Sutryka. Robili to z taką energią i byli tak przekonujący, że konferencja ta przypomniała mi pewną scenę z serialu „Glina” Władysława Pasikowskiego, gdy do Warszawy powraca gangster Tosiek i dopada konkurenta Miazgę w łóżku mówiąc do niego z pistoletem w dłoni:
"Wiesz tak siedzisz z gołą dupą i zastanawiasz się co by tu mądrego powiedzieć.
A tu co ci do łba przyjdzie, to wszystko bez sensu".
Sorki za dosadność, ale to Pasikowski, wiadomo. I nie obrażajcie się Państwo, ale ci z PO mają jeszcze gorzej. Każdego dnia robią konferencję, prezentują jakieś założenia swojego programu, ale pewnie coraz bardziej dociera do nich, że oni już nie mają swojego programu. Ich program ma Jacek Sutryk.
Ciekawe tak przy okazji, czy do tych wszystkich, spod znaku KO, dociera że skrót nazwy ich listy w języku sztuk walki oznacza knockout?
Bo do wrocławian już coraz częściej dociera, że swoje programy mają także Izabela Bodnar, Robert Grzechnik, Łukasz Kasztelowicz, Jerzy Michalak czy Grzegorz Prigan. I wiele wskazuje, że 7 kwietnia nie będzie KO. Na razie mówię o tym bokserskim.
A może jednak ta mijająca kadencja była poprawna…
Żartowałem!
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze