Policja wciąż bezskutecznie szuka Romualda Ściborskiego, do niedawna jednego z najbogatszych Polaków i najbogatszego lekarza z Wrocławia. Sąd skazał go na 10 lat więzienia za oszukanie kilkuset osób na 80 milionów złotych. Ale Ściborski zapadł się pod ziemię. Marcin Rybak, dziennikarz Gazety Wyborczej znalazł go w Afryce. Ustalił, że Ściborski stara się o obywatelstwo Kenii, bo w 1989 roku "usynowił go" pewien Kenijczyk. Niedługo potem wrocławski lekarz miał przyjąć imię Ostoya.
Wrocławski dentysta Romuald Ściborski przez lata był stawiany za wzór. To twórca medycznego imperium - Polskiego Centrum Zdrowia, przedsiębiorstwa prowadzącego przychodnie, sanatoria, apteki, a nawet skupujące powiatowe szpitale. Ściborski dorobił się na nim fortuny. "Wie jak zarabiać w medycznym biznesie" - pisał o nim Newsweek. W 2014 roku "Wprost" szacował jego majątek na ponad 350 mln zł. - Pierwszy milion zdobył w 1998 r., wszystko jednak stracił po załamaniu rynku w Rosji. Postanowił wtedy sprzedać mieszkanie i wrócić na giełdę, z której wyszedł z 0,5 mln zł w kieszeni. Z tych pieniędzy w 2000 r. zaczął budować PCZ. W 2013 r. spółka osiągnęła ponad 36 mln zł zysku netto - opisywał tygodnik. A Ściborski znalazł się na liście najbogatszych Polaków.
Pod koniec 2016 roku został zatrzymany. Prokuratura zarzuciła mu, że przez trzy lata publikował nieodpowiadające rzeczywistości sprawozdania i raporty finansowe firmy. To na ich podstawie kolejni inwestorzy powierzali spółce swoje pieniądze. Przedsiębiorstwo miało kupować za nie przychodnie, szpitale, sanatoria. 675 osób i podmiotów straciło łącznie prawie 80 mln zł. Bo w czasie gdy ze sprawozdań wynikało, że wszystko jest w porządku, sytuacja spółki miała się pogarszać, a jej majątek miał być wyprowadzany do innych firm. Pieniądze miały trafiać także na prywatne rachunki dentysty.
Prokuratura w czasie śledztwa zabezpieczyła majątek o wartości 54 mln zł. To kilkadziesiąt luksusowych samochodów, m.in. marki Rolls-Royce, gotówka, biżuteria, numizmatyka oraz luksusowe apartamenty, m.in. w Sky Tower.
Ściborski w areszcie spędził rok. Wyszedł po wpłacie miliona złotych kaucji. - Odebrano mi godność. Odebrano mi wszystko, moje życie się skończyło - żalił się sądowi na pierwszej rozprawie. Potem zniknął. Wyjechał z Polski. Z sądem komunikował się odtąd już tylko listownie. Pisał z Hiszpanii.
W 2022 roku skazano go na 12 lat więzienia. Na ogłoszenie wyroku nie przyjechał. Podobnie jak na proces apelacyjny, który zakończył się w kwietniu 2025. Ostatecznie sąd obniżył wyrok i skazał go prawomocnie na 10 lat więzienia (kara jest niższa, bo sąd uznał że Ś. nie działał w zorganizowanej grupie przestępczej).
Mimo wyroku do więzienia nie trafił. Z 10 lat zasądzonej odsiadki zostało mu jeszcze 9 (bo rok spędził już w areszcie). Pod hiszpańskim adresem doktora dawno już nie ma. - Skazany jest poszukiwany listem gończym celem odbycia kary pozbawienia wolności w wymiarze 10 lat - potwierdził portalowi TuWroclaw.com Sąd Okręgowy we Wrocławiu.
Tyle, że ani sąd, ani prokuratura, ani policja od dawna nie wiedzą, gdzie dziś jest Ściborski
Wie to Marcin Rybak, dziennikarz śledczy Gazety Wyborczej. Ustalił że mężczyzna mieszka w Kenii. Posługuje się nazwiskiem "profesor Romuald Josef Genda Ostoya Ściborski". A przed dwoma laty w kenijskim sądzie złożył wniosek o uznanie go za obywatela Kenii z datą wsteczną od 1991 roku.
- Czytam we wniosku do Sądu Najwyższego Kenii, że Romuald Ściborski w 1989 roku jako osiemnastolatek po raz pierwszy był w Afryce. Że w kościele Got Sinai w Tororo w Ugandzie poznał Thomasa Genda Ndiayo i stał się jego... dziewiątym dzieckiem. Bo Thomas Genda Ndiayo usynowił młodego Polaka, pochodzącego z Nysy na Opolszczyźnie" - pisze Marcin Rybak.
- Niedługo potem w Ukwala w Kenii, rodzinnej miejscowości Thomasa, Ściborski przyjął chrzest w kościele Got Sinai i przybrał imię Ostoya. Jego adopcyjny ojciec – jak każe miejscowy obyczaj – zbudował dla nowego syna dom, a ósemka pozostałych dzieci Thomasa poparła usynowienie Polaka. Tak samo żona. Dalej czytam, że nowy syn pana Thomasa wrócił do Polski, we Wrocławiu studiował medycynę. Potem krążył między Polską, Francją, Hiszpanią i Kenią. A 20 marca 2018 r. powrócił do Ukwala, pracując jednocześnie w Nairobi jako profesor zdrowia publicznego i biotechnologii - czytamy w "Gazecie Wyborczej".
Swoimi ustaleniami wrocławski dziennikarz podzielił się z policją. - Nic nie możemy z tym zrobić. Polska nie ma umowy o ekstradycji z Kenią - usłyszał.
Sąd uchylił orzeczony w pierwszej instancji nakaz naprawienia przez Romualda Ściborskiego wyrządzonych szkód. Zdaniem sądu, wierzyciele powinni odzyskać pieniądze w ramach postępowania upadłościowego.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Inwestując w giełdę i w firmy trzecie trzeba być świadomym ryzyka. Ale ludzi nic nie uczy. Ani szkoła, ani amber gold, ani afery Po-PIS. Szkoda człowieka, szkoda że musiał uciekać z Polski, dobrze że się odnalazł tam gdzie jest. Swoje w więzieniu już odsiedział. Reszty nie musi, bo w jakim celu?
użalaj się nad nim , szkoda że nie pomyślałeś o poszkodowanych , oskarżając tych którzy resztkę wiary w ludzi stracili , a 10 lat wyroku to tak z powietrza
Inwestując w giełdę i w firmy trzecie trzeba być świadomym ryzyka. Ale ludzi nic nie uczy. Ani szkoła, ani amber gold, ani afery Po-PIS. Szkoda człowieka, szkoda że musiał uciekać z Polski, dobrze że się odnalazł tam gdzie jest. Swoje w więzieniu już odsiedział. Reszty nie musi, bo w jakim celu?
użalaj się nad nim , szkoda że nie pomyślałeś o poszkodowanych , oskarżając tych którzy resztkę wiary w ludzi stracili , a 10 lat wyroku to tak z powietrza